Bloog Wirtualna Polska
Są 1 259 903 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Przejechał na wózku 1000 km

środa, 23 marca 2011 9:35

Nie zawsze chodzi o rekordy. Ważne, aby robić to co się czuje - nie musi. Możesz usiąść i ponarzekać w fotelu z pilotem od telewizora w ręku, bo nie możesz znaleźć pracy - ja nie mam sprawnych rąk i nóg, a idę. Mam marzenia, uśmiecham się do życia, mimo małej dysfunkcji, bo to co najważniejsze, pozostało: głowa i serce” - mówi Przemek Kowalik, sparaliżowany od stóp do głów mężczyzna, który latem ubiegłego roku przejechał na wózku inwalidzkim przez wyspy. Mimo bólu, niewygody, braku pieniędzy i innych przeszkód zdołał dokonać tego, co sobie wymarzył – przejechał tysiąc kilometrów – od Dover po Galway – i zobaczył Atlantyk.


Ekipa na starcie w Dover

 

Siła jest w nim

Przemek Kowalik niedawno walczył o eutanazję, teraz chce żyć, bo znalazł w sobie siłę, by pokonywać potworny ból, który towarzyszy mu każdego dnia oraz niemoc i uzależnienie od innych. Wózek stał się jego więzieniem, jednak 38-latek postanowił uczynić go swoim przyjacielem.

- Wymyśliłem, że przejadę nim całą Europę. Zacząłem od Wysp Brytyjskich – mówi mężczyzna.

W wyprawie towarzyszyły mu trzy osoby. Przede wszystkim życiowa partnerka, Basia Szymańska. Kobieta razem z nim uległa wypadkowi samochodowemu. Choć lekarze dawali jej zaledwie jeden procent szans na przeżycie, dziś ona opiekuje się Przemkiem. Kolejne osoby to ciężarowiec Damian Śledzikowski oraz student poznańskiej Akademii Wychowania Fizycznego Radek Sikorski, który na co dzień wyczynowo trenuje kajakarstwo. Ten ostatni cały czas jest przy Przemku na trasie, biegnąc lub jadąc na rowerze. Jako jedyny zna on język angielski i wyspy – spędził cztery lata w Anglii.

Światełko w tunelu

Nietypowy podróżnik mieszka na co dzień w Opalenicy pod Poznaniem. Siedem lat temu uległ wypadkowi, w wyniku którego jest niemal całkowicie sparaliżowany. Jak mówi, po zdarzeniu zmagał się z depresją, wielokrotnie tracił sens życia. Pierwsze trzy lata spędził, budząc się rano i czekając, kiedy nadejdzie wieczór. Marzył o zakończeniu cierpienia – jedyne co mu przychodziło do głowy, to eutanazja. Błagał o nią najlepszych lekarzy, a także prezydenta. Był do tego stopnia zdeterminowany, że wybrał się osobiście do Lecha Kaczyńskiego. Stanął w wózku przed pałacem prezydenckim i zażądał widzenia z głową państwa. Po godzinie prezydent wyszedł do niego.

- Powiedział mi, że lubi ludzi odważnych. Dał słowo, że mogę się na niego powoływać, jeśli zajdzie taka potrzeba – wspomina.

Nikt zgody na eutanazję nie wydał, jego prośby kwitowane były słowami otuchy i adresami do różnych organizacji pomagających niepełnosprawnym. Przemek musiał tymczasem codziennie zmagać się z bólem i niemocą. Udało mu się jednak pozbierać z psychicznego dna i wykrzesać na nowo chęć do życia. Znalazł sens – między innymi postanowił przemierzyć na wózku kontynent.

Przemek w Londynie

 

Mniej więcej w połowie sierpnia 2010 roku planował stanąć na klifach w okolicach Galway i zobaczyć Atlantyk.

- Nad przedsięwzięciem pracowałem i nakręcałem się pozytywnie miesiącami, a nawet latami - powiem szczerze - bo pierwsza idea zaświtała mi w głowie, gdy leżałem przykuty do łóżka, zmęczony wysokimi gorączkami. Wiara w to, że się uda, wiodła przez góry, doliny - ale nieba może dotknąć każdy, każdy, kto lubi latać, uśmiechać się do gwiazd – opowiada w charakterystyczny dla siebie, poetycki sposób. - "Siła i wiara" to hasło zrodzone w bólu, w obliczu śmierci, kiedy moje życie wahało się na szali. Tak nazwałem kolejny projekt przejazdu na wózku wszerz Polski. Od tej chwili nie zwątpiłem, nie odpuszczałem, nie poddawałem się aż stanąłem "Oko w oko z Atlantykiem" na irlandzkim klifie z jednym z największych żywiołów tego świata.

Pechowy start

Początek wyprawy został zaplanowany na 17 lipca. Niestety, gdy ekipa dotarła na start – w Dover, pojawiła się pierwsza przeszkoda.

- Wysiadła zupełnie elektronika w wózku. Poruszam nieznacznie lewą dłonią, dlatego korzystam ze sprzętu klasy mercedes. Niestety, w Dover nikt nie był w stanie naprawić usterki. Postanowiliśmy pojechać do fabryki w Niemczech. Wózek został naprawiony, ale koszt pochłonął znaczną część naszych funduszy na wyprawę. Doszło do tego, że nie stać nas było nawet na najtańsze noclegi. Wiele nocy przespaliśmy w samochodzie – mówi Przemek.

Mężczyzna nie skarżył się. Miał przed sobą jasny cel i wiedział, że go osiągnie. Założyli sobie, że dziennie będą pokonywać 50 kilometrów – sumie co najmniej 1000.

- Nie ukrywam, że było to ciężka wyprawa. Już w pierwszym dniu, oprócz problemów z elektroniką, przydarzyło mi się coś, czego nie przeżyłem odkąd jestem chory. Spadłem z wózka na głowę. Później straciliśmy dzień przez spartolenie wulkanizacji opony. Padła nam nawigacja GPS – wylicza 38-latek. - Jednak dzięki naszej determinacji i życzliwości ludzi spotykanych na trasie nam się udało.

Oaza wolności

Anglia i Irlandia okazały się bowiem przyjaznymi krajami do podejmowania tego typu wyzwań.

- Ludzie byli naprawdę otwarci, uśmiechnięci. Gdy jechałem drogą, kierowcy nie wyprzedzali mnie po chamsku, tylko zwalniali i czekali na dogodny moment na wyminięcie. W Polsce, gdzie realizowałem podobny pomysł, ludzie trąbili na mnie, traktowali jak zawalidrogę – wspomina.- W drodze przez Wyspy odwiedziliśmy naprawdę cudne miejsca, jak pełne magii Cambridge, czy choćby Doki Alberta w mieście The Beatles. Za to Irlandia oczarowała nasze serca cała i gdybyśmy mieli wybierać dokąd powrócić, byłyby to wrzosy, drogi i bezdroża Zielonej Wyspy - oazy wolności. Ja siedziałbym na klifach, witał i żegnał każdy dzień wraz z moim Atlantykiem. . . I choć miejsca, które odwiedziliśmy, zobaczyliśmy, pozostawiły trwały ślad w pamięci każdego z nas, to radość poznania tylu wspaniałych ludzi jest szczególnie ważna - tym bardziej, że wszystko działo się spontanicznie i to było najpiękniejsze. Mam nadzieję, że któregoś dnia powrócimy, by spotkać się z Wami i zapoznać bliżej z niezwykle ciekawą kulturą Irlandii.

W czasie wyprawy Kowalik korzystał z gościnności napotkanych osób. Za pośrednictwem “Gazety Polskiej” pragnie podziękować wszystkim, którzy mu pomogli.

- Dziękujemy tym wszystkim, którzy byli z nami: przyjęli pod swój dach, czekali z ciepłym posiłkiem i otworzyli swe drzwi i serca dla czworga strudzonych wędrowców. To było super! - takie prawdziwe - szlachetne, bo szczere: polska gościnność, patriotyzm i nasza znana na całym świecie polska solidarność.

Wyprawa "Misja 1000 Siła i wiara - Wyspy" trwała 26 dni, z tego tylko 6 nocy ekipa spała w hotelach, resztę w samochodzie i u osób napotkanych na trasie. Przemek Kowalik przejechał na wózku 1017 kilometrów – z Dover w Anglii do Cliffs of Moher w Irlandii.

- Toast był krotki: Za przyjaźń, uśmiech i marzenia! Bo: "Człowiek powinien mieć pasje i marzenia nie czekając na w snach ich spełnienia . . .", nie poddawać się szarości dnia, wierzyć, śnić, kochać i być Ikarem swego lotu, swego życia – przekonuje.

Przemek Kowalik opowiada o wyprawie z ogromnym entuzjazmem, domyślać się tylko można, jakim naprawdę heroicznym wyczynem była dla niego misja. Aż pół roku zajęło mu zregenerowanie się po katorżniczej podróży. Dlatego dopiero teraz poczuł się na siłach, by nam o tym opowiedzieć.

 

Trasa misji

Najciekawsze wydarzenia z trasy (relacjonuje Przemek Kowalik):
AWARIA W DOVER - wózek przeszedł wcześniej przegląd, nikt by się nie spodziewał, że zaraz pierwszego dnia wyprawy wysiądzie główny komputer. Awarię można było usunąć tylko w fabryce w Niemczech. Decyzja była trudna, ale właściwie jedyna, którą brali poważnie pod uwagę – wiedzieli, że się nie poddadzą. Zawrócili, pojechali do Niemiec. Przeprawa i naprawa pochłonęły budżet, który przeznaczyli na hotele.
UPADEK Z WÓZKA - pierwszego dnia Przemek spadł z wózka, uderzając w koło terenowego samochodu pewnego Anglika. Ten był tak wystraszony, że był gotów zawieźć ich wszędzie.
CANTERBURY - pewien starszy pan (Anglik) podszedł i ni stąd ni zowąd zaproponował nam lody, po czym gdy je kupił, po prostu odszedł. Niesamowicie poruszająca chwila!
ANGIELSKA ROBOTA - złapałem „gumę", odwieźliśmy wózek do wulkanizacji - następnego dnia odebraliśmy go i wróciliśmy na miejsce, w którym skończyliśmy poprzedniego dnia . Ruszyłem... i stanąłem po 200 metrach. Okazało się, że spece od klejenia dętki wlali jakiegoś wypełniacza, który puścił. Straciliśmy dzień i kilometry na dojazd. Po za tym okazało się, iż wymiana dętki była tańsza od tak zwanego „sklejenia" o połowę. Naprawa kosztowała 20 funtów -szok! Na domiar złego, tego samego dnia straciliśmy gps-a, upadł na podłogę - więc jechaliśmy trochę po omacku.
TOTALNA KOMPROMITACJA - nastąpiła w Liverpoolu, kiedy okazało się, iż prom, na który zabukowaliśmy dwa dni wcześniej bilety, nie jest przystosowany do przewozu osób na wózkach inwalidzkich -odesłano nas do Holly-head.
CHODNIKI - Zdziwiłby się ten, kto by pomyślał, iż taki cywilizowany kraj, jak Wielka Brytania ma dobre chodniki - nic bardziej błędnego. Przez całe Wyspy napotkałem tylko jednego młodego człowieka na aktywnym wózku ręcznym i to było w Dublinie. Angielskie chodniki są dla wyczynowców .
DUBLIN - niesamowita historia - jedyna taka w moim życiu. Kiedy wyruszyłem spod latarni morskiej u wejścia do portu, powitały mnie dwa delfiny. Przez kilka minut płynęły równolegle, jakby życząc dobrej drogi i wszystkiego dobrego w drodze do klifów. . . Jak wiadomo, delfin to jeden z najlepszych przyjaciół człowieka. To było piękne przeżycie.. .
ARTYKUŁ - po dwóch artykułach w Dzienniku Polskim w Anglii oraz Gazecie Polskiej w Irlandii, odezwali się wspaniali ludzie, którzy nas wspierali od początku do końca. Myślę, że oba te artykuły i zainteresowanie redakcji wyprawą sprawiło, że ten „dobry łańcuszek" ruszył . . . Takie samo wsparcie docierało do nas z kraju, gdzie dopingowali nas przyjaciele.

U CELU: Nie wiem, jak to interpretować, ale przed klifami rozładowały się akumulatory w wózku, aparacie oraz kamerze. Jakby wyczerpały się razem z nami. Dalej nie ujechalibyśmy ani kilometra.
Po powrocie odwiedziłem dwa szpitale rehabilitacyjne (11 tygodni) próbując pozbierać się, przez 8 tygodni leżałem na brzuchu w domu, aż dopiero teraz znalazłem siły, by zdać relację z wyprawy.
PS.: Na Wyspach nie budziłem żadnej sensacji, życzliwość Irlandczyków była i jest wspaniała - przekonałem się o tym osobiście.

 Aneta Kubas (03/2011)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

„Ludzie płakali i gratulowali mi...”

poniedziałek, 14 marca 2011 20:41

Debiutant Marek Lechki przebojem zdobywa największe festiwale filmowe świata. Obrazem “Erratum” wywalczył sobie nagrody na festiwalu w Gdyni, Warszawie, Koszalinie, Chicago, Pusan (Korea Południowa) i Salonikach (Grecja). 24 lutego został pokazany podczas Dublin Jameson Festiwal. O tym, co jest siłą tego filmu i dlaczego realizacja trwała aż osiem lat rozmawiam z jego reżyserem, scenarzystą i producentem w jednej osobie.


Aneta KUBAS: Twój film idzie przebojem przez światowe festiwale filmowe. Powiedz, co jest jego siłą, dlaczego podoba się tak różnej publiczności, w różnych krajach?

Marek LECHKI: Pisząc ten scenariusz nie myślałem w ogóle o filmie europejskim. Po napisaniu go zastanawiałem się, jaki będzie odbiór w Korei, Argentynie – różnych częściach globu. Okazało się, że jest bardzo dobry. Ludzie reagowali na niego bardzo żywo, zdarzało się, że po projekcji ze łzami w oczach podchodzili gratulować. To było bardzo miłe. Największym dla mnie pozytywnym zaskoczeniem jest to, że film jest uniwersalny. Jego siła jest też w tym, że jest bardzo współczesny, a przy okazji to jest mądre kino. Opowiada historię, która przez swoją uniwersalność przemawia do widza. Mam nadzieję, że pozostaje on w głowach odbiorców, że prowokuje jakąś refleksję. Poza tym – język filmowy, użyliśmy takiego który nas inspiruje. Powiedziałbym, że jest on impresyjny. Staraliśmy się go opowiadać, używając środków, które budują nastrój i emocje, a nie tylko go fotografować. To jest bardzo miłe, że zrobiliśmy film w zgodzie ze sobą, a odbiór ze strony widzów jest bardzo dobry.

A.K.: Czego spodziewasz się po festiwalu dublińskim?

M.L.: To jest najważniejszy festiwal w Irlandii. Cieszę się, ze zobaczy go spora ilość Irlandczyków, ale też wielu Polaków.

A.K.: Kiedy będzie premiera filmu w Polsce?

M.L.: Wchodzi do kin 8 kwietnia.

A.K.:Pozwolę sobie zauważyć, że mamy podobne biografie. Jesteśmy w podobnym wieku, ukończyliśmy filmoznawstwo, studiowaliśmy w Katowicach. Kończyliśmy studia w bodaj najgorszym okresie dla młodych ludzi, kiedy w Polsce było bardzo trudno o pracę. Długo imałeś się byle jakich zajęć, marząc o swoim filmie...

M.L.: Debiutanci z mojego rocznika mieli nieporównywalnie trudniej niż stawiający pierwsze kroki w zawodzie dzisiaj. Ja miałem trochę szczęścia, ponieważ środowisko zaczęło reagować na naciski, pojawił się taki ferment, że brakuje świeżego kina. Na fali tej presji powstał projekt “Pokolenie 2000”. W ramach tej akcji swoje filmy zrobili Maciek Pieprzyca, Iwona Siekierzyńska, a ja krótki metraż “Moje miasto”. Przypuszczam, że gdyby nie ten projekt, musiałbym o wiele dłużej czekać, by ten film zrealizować. Nie wiem, czy wystarczyło by mi sił i energii, aby zostać reżyserem.

A.K.: Zrobienie pierwszego filmu zajęło Ci osiem lat. Czy na drugi też będziemy tyle czekać?

M.L.: Ponieważ byłem producentem “Erratum”, bardzo dużo się dzięki temu nauczyłem. Widzę, jakie błędy popełniałem w czasie tych prawie ośmiu lat czekania na swój film. Teraz już nie pozwolę sobie na takie długie czekanie, nie popełnię tych samych błędów.

A.K.: Jak oceniasz to, co dzieje się obecnie w polskim kinie?

M.L.: W ciągu ostatnich paru lat idzie to w dobrą stronę. Mam jednak wrażenie, że te filmy, które powstają są zachowawcze. Brakuje obrazów na taką miarę, jak “Matka Joanna od Aniołów”, pierwszych Skolimowskiego. Powstają filmy świeże, ale moim zdaniem wciąż brak im odwagi.

Drugi problem to fakt, że wartościowym filmom trudno czasem znaleźć dystrybutora. “Erratum”, pomimo, że zdobyło wiele nagród, nie łatwo mi było sprzedać. Tymczasem filmy, które są potwornie głupie, trafiają do kin w ogromnej ilości kopii.

AK.: Ile polskich filmów wchodzi rocznie do kin?

M.L.: Jeżeli powstaje ich około 30-40, to do dystrybucji trafia mniej więcej 25.

A.K.: Trafiłam na Twoją wypowiedź sprzed kilku lat, kiedy zarzekałeś się, że nie będziesz pracował przy serialach. Tymczasem zdecydowałeś się na udział w realizacji “Ratowników”. Co Cię do tego skłoniło?

M.L.: Robiąc film w 2001 roku, byłem pełen nadziei, że będę mógł się z tego utrzymać. Po jakichś dwóch-trzech latach okazało się, że nie ma na to szans. Ponadto okazało się, że nie mam tak przebojowej natury, by przyciągać do siebie niesowitą ilość ofert i krótko mówiąc, doszło do tego, że zacząłem bardzo mocno odczuwać brak pieniędzy. Jedyne, czego teraz żałuję, to że tak późno się na to zdecydowałem. Człowiek, który jest finansowo zabezpieczony, może bardziej radykalnie wypowiadać się w kwestiach artystycznych, ma większą wolność, niezależność.

A.K.: Teraz wracasz do Polski, czy planujesz już kolejne wyjazdy?

M.L.: Najbliższe plany to festiwal w Istambule (Turcja) i prawdopodobnie we Włoszech.

A.K.: Odpowiada Ci taki tryb życia, jaki teraz wiedziesz?

M.L.: Szczerze mówiąc, jestem już trochę zmęczony i czuję, że nadszedł czas, bym zaczął pracować nad czymś nowym i zaczął jeździć na te festiwale już z jakimś następnym projektem.

A.K.: Tego Ci życzę i dziękuję za rozmowę.

M.L.: Dziękuję.

(Gazeta Polska, 03/2011)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Polka uduszona na oczach 2-letniego synka. Przyjaciele wspominają zmarłą

poniedziałek, 14 marca 2011 20:36

Matka dwuletniego chłopca, Katarzyna Bartkowiak z Tralee (hrabstwo Kerry) została znaleziona martwa w wynajmowanym domu. Jej partner, 26-letni Afrykanin, rzucił się kilka godzin później z klifów do morza. Podejrzewa się, że to on zabił Polkę.

Samobójczy skok

24-letnia kobieta mieszkała w Tralee od pięciu lat. Przyjechała tu z Poznania. We wtorek, 2 marca, około godziny 15, do wynajmowanego przez nią domu na terenie Deerpark Estate zostało wezwane przez anonimową osobę pogotowie. Jak się później okazało, dzwoniącym był jej partner. Ratownicy znaleźli ciało kobiety, leżące w sypialni na piętrze. W domu był jej dwuletni synek - Sean – nic mu się nie stało. Pogotowie zabrało dziecko i przekazało opiece społecznej. Zawiadomiona policja rozpoczęła poszukiwania partnera zmarłej, Stephena Godson-Ukiwo, obywatela zachodnio-afrykańskiej republiki Benin. Policjanci zlokalizowali ojca dziecka na klifach w Ballybunion. Mężczyzna przyjechał tam samochodem z Tralee, z zamiarem popełnienia samobójstwa. Policjanci negocjowali z nim przez sześć godzin. Jednak to nie pomogło. O godzinie 22 Afrykanin skoczył do morza. Jak dotąd nie znaleziono jego zwłok.

Tymczasem przeprowadzono sekcję zwłok Katarzyny Bartkowiak. Wykazała ona, że młoda matka została uduszona. Policyjne źródła donoszą, że kobieta nie żyła od kilku godzin zanim przyjechała policja.

W środę, 2 marca, dom który stał się miejscem zabójstwa, był badany przez policyjnych techników.

Poszukiwani świadkowie

Policja apeluje do każdego, kto wie cokolwiek w tej sprawie, lub przebywał w okolicy 1 marca, o pomoc w ujęciu sprawcy. Świadkowie proszeni są o kontakt z posterunkiem w Tralee lub pod numerem telefonu 0667102300. Śledczy ustalają między innymi, kim był mężczyzna, który według relacji świadków, kręcił się w pobliżu domu ofiary feralnego przedpopołudnia. Policyjne źródła poinformowały, że w mieszkaniu wybuchła tego dnia sprzeczka. Zdaniem dziennika Herald, Polka chciała zakończyć związek i żądała od partnera, by się wyprowadził.

Jak udało się nam ustalić, Katarzyna Bartkowiak przyjechała do Irlandii około 5 lat temu. Pracowała w sieci sklepów Dunnes Stores, dwa tygodnie temu została zwolniona. Jak powiedzieli sąsiedzi ofiary, para przeniosła się do domu w dzielnicy Deerpark kilka miesięcy temu, z innego osiedla w Tralee.

- Znałam Kasię, ale bardzo słabo. Tralee to małe miasteczko, tutaj wszyscy się kojarzą. Poznałam ją cztery i pół roku temu, kiedy pracowałam w sklepie z odzieżą – mówi Magdalena (nazwisko do wiadomości redakcji). - Wydała mi się bardzo wesołą, miłą, pełną życia dziewczyną. Czasami przychodziła do sklepu. Była zawsze uśmiechnięta i radosna. Kasia urodziła dwa lata temu dziecko, później pracowała ponad rok w Dunnes Stores, niestety po roku nie przedłużono z nią umowy. Jej śmierć jest szokiem dla mnie. Bardzo mi smutno i przykro. Też wiem, co to strata bliskich osób – nagle,niespodziewanie.... Życie urwane w pół drogi, pytania jaki to ma sens. Zginęła młoda, fajna dziewczyna, dobra matka...



Zawsze uśmiechnięta

Znajomi wspominają ją zgodnie jako zawsze uśmiechniętą osobę. Adrian, sprzedawca z Tralee, swego czasu pracował z Kasią.

- Była to jedna z najwspanialszych osób jakie było dane mi poznać... Zawsze, ale to zawsze uśmiechnięta, zawsze szczera i gotowa pomóc. Jej strata to mocny cios we wszystkich jej przyjaciół i znajomych, a potężny dla rodziny. Nigdy nie pogodzimy się z jej odejściem – mówi wzruszony.

Młoda kobieta, która chce pozostać anonimowa, dodaje:

- Znałam Kasię tylko z opowiadań koleżanki, która mieszka w Tralle. Ja mieszkam kilka mil dalej. Z tego, co wiem, to ona była fantastyczną kobietą, cieszącą się życiem, kochającą mamą i wspaniałą partnerką dla ojca dziecka. To było dwoje młodych kochających się ludzi. Tyle wiem z opowiadań. A co działo się w "czterech ścianach"? Któż to wie?

Najbliższa przyjaciółka zmarłej, Kamila, nie chciała z nami rozmawiać. Głęboko przeżywa to, co się stało.

- Wydaje mi się, że nie ma o czym mówić, to jest wielka tragedia. Przepraszam – powiedziała.

  • Ta tragedia mną wstrząsnęła. Została zabita na oczach dziecka, nie potrafię się z tym pogodzić... - wzdycha Anna, koleżanka Kasi.

Klara Juluvkova, Czeszka do niedawna mieszkająca z rodziną w Tralee powiedziała Gazecie Polskiej:

- Mieszkam w Irlandii od pięciu lat, Kasię znam z pracy w Dunnes Stores. Była fajną koleżanką, codziennie ze sobą rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się. Ze Stephanem nie byli po ślubie. Jeszcze w tamtym tygodniu pisałam z Kasią, wyglądało, że wszystko jest w porządku. Zawsze będzie mi jej brakowało, pozostanie w moim sercu jako kochany anioł.

Nelson, przyjaciel Katarzyny i Stephena, a zarazem sąsiad, podkreśla, że kobieta bardzo kochała swojego synka, a rodzice wyglądali na szczęśliwą parę. Zauważył jednak, że w ostatnim czasie Stephen unikał kontaktu ze znajomymi, nie odbierał telefonów, nie oddzwaniał.

Myślałem, że chodziło o mnie, ale inni znajomi zauważyli to samo” - powiedział.

Katarzyna Bartkowiak miała wielu znajomych, nie tylko Polaków. W serwisie Facebook natychmiast zostało utworzone konto jej pamięci. Swoje kondolencje składają Polacy, Czesi, Afrykanie i przedstawiciele innych nacji.

(Polska Gazeta, 03/2011)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Lubię, jak dużo się dzieje

niedziela, 06 marca 2011 17:39

Dla Zofii Kozłowskiej osadzenie na miejscu dwa razy większego osobnika to żaden problem. W policyjnym mundurze strzeże porządku na ulicach Dublina – patroluje nienajłatwiejsze rejony – Temple Bar, Pearce Street. Tam zawsze dużo się dzieje, a interwencja policji potrzebna jest co rusz. Do służb mundurowych wstąpiła na razie jako rezerwistka, na zasadach wolontariatu. Swoje zajęcie traktuje jednak poważnie i marzy, by pewnego dnia zasilić szeregi regularnej policji.

Aneta KUBAS: Twoja przygoda z Irlandią zaczęła się na kilka lat przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej i napływem rodaków na Zieloną Wyspę...

Zofia KOZŁOWSKA: Rzeczywiście, pierwszy raz przyjechałam tutaj w 1999 roku, za sprawą Irlandczyka, którego poznałam w Wiedniu. Ja zaprosiłam go do Polski, potem on mnie tutaj. Spodobało mi się na tyle, że postarałam się o rok studiów tutaj, na Trinity College. Wtedy byłam studentką socjologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracę magisterską pisałam na temat przemian gospodarczych w Irlandii i Polsce.

A.K.: Znalazłaś podobieństwa?

Z.K.: Owszem. Ale wtedy te dwa kraje były sobie zupełnie obce. Dla nas Irlandia była jakąś wyspą, gdzieś koło Anglii, a oni kojarzyli nasz kraj wyłącznie z Janem Pawłem II i Wałęsą. Naprawdę byli przekonani, że jest u nas bardzo zimno i żyją niedźwiedzie polarne. O tym przekonałam się, przeprowadzając ankiety do pracy magisterskiej. Poza tym nie mieli żadnych skojarzeń z krajem nad Wisłą.

A.K.: Kiedy przyjechałaś do Irlandii na stałe?

Z.K.: W 2004 roku. Wtedy już było tu więcej Polaków. Wróciłam do swojej pracy, którą wykonywałam na studiach, w sieci sklepów Spar. W międzyczasie szukałam bardziej odpowiadającego mi zajęcia. Ostatecznie trafiłam do UCD, gdzie wykonuję prace administracyjne.

A.K.: Jak trafiłaś do policji?

Z.K.: Garda to moje dodatkowe zajęcie. W związku z tym, że mamy kryzys, policja na razie nie posiada wakatów, jednak jako że bardzo chciałam pracować w służbach mundurowych, zgłosiłam się do Garda Reserve, czyli służb pomocniczych. Jest to wolontariat, zdobywam doświadczenie, czekając na nabór, który ma być ogłoszony za mniej więcej rok.

A.K.: Co Cię ciągnęło do policji?

Z.K.: Zawsze chciałam wykonywać taką pracę, jednak w Polsce nie odpowiadało mi to, że policjanci noszą ostrą broń. Zawsze bowiem istnieje prawdopodobieństwo, że jeśli posiadasz pistolet, to go użyjesz. A jak miałabym żyć ze świadomością, że kogoś się raniło, czy zabiło. Tutaj mundurowi noszą pałkę i gaz – tym raczej zabić się nie da.

A.K.: Zdarzyło Ci się ich użyć?

Z.K.: Owszem. I podziałało bardzo skutecznie, właściwie wystarczyło, że rozłożyłam tę teleskopową pałkę z litego żelaza, a awanturnik się uspokoił.

A.K.: Jak wygląda nabór do służb pomocniczych policji?

Z.K.: Przede wszystkim, osoby, które nie są Irlandczykami, muszą być tutaj od co najmniej pięciu lat. Cały proces trzeba zacząć od wysłania CV na adres podany na stronie publicjobs.ie. Do tego należy dodać kopię świadectwa maturalnego. Następnie czekamy aż ktoś się z nami skontaktuje i zaprosi na rozmowę kwalifikacyjną. Jeżeli przejdziemy ją pozytywnie, będziemy musieli wypełnić formularz, w którym będą pytania o naszą rodzinę. Następnie odbywa się kolejna rozmowa – tym razem na lokalnej komendzie policji. Później pozostaje badanie lekarskie. Jeżeli przejdziemy pozytywnie wszystkie etapy, przyjdzie czas na szkolenie. Składa się ono z czterech etapów. Jest to weekend w Garda College, na trenie hrabstwa Tipperary, potem kurs z prawa w jednej z komend, następnie znowu weekend w collegu i 40 godzin praktyk na wskazanym posterunku policji. Jeżeli zaliczymy pozytywnie wszystkie etapy, doczekamy się graduacji.

A.K.: To bardzo długi i żmudny proces...

Z.K.: Rzeczywiście, od momentu wysłania CV do uzyskania pagonów w moim wypadku upłynął rok. Trzeba dużego samozaparcia, żeby poświęcić tyle czasu i wysiłku na coś, za co nie ma finansowego wynagrodzenia. Jednak satysfakcja jest niesamowita.

A.K.: Skąd wzięłaś siły, żeby przejść przez te wszystkie etapy?

Z.K.: Zawsze interesowały mnie służby mundurowe i marzę, aby pewnego dnia zostać zawodową policjantką. Irlandia dała mi wiele dobrego – tutaj się usamodzielniłam, mam możliwości rozwoju i czuję, że w ten sposób mogę się temu krajowi odwdzięczyć. Dzięki temu co robię czuję się częścią tego społeczeństwa. A bardziej praktyczne powody – cóż praca w policji jest nieźle płatna i stała.

A.K.: Jakie są Twoje obowiązki?

Z.K.: Przede wszystkim zabezpieczanie masowych imprez, patrolowanie rewiru, sprawdzanie samochodów. Patrole zawsze odbywają się pod opieką zawodowego policjanta.

A.K.: Ile czasu poświęcasz na wolontariat?

Z.K.: Około 8 godzin tygodniowo. Wybieram się na posterunek wtedy, gdy zmiana mojej sekcji nie koliduje z moją pracą zawodową.

A.K.: Czy spotkały Cię jakieś niebezpieczne sytuacje?

Z.K.: Owszem, na przykład początek mojej pracy przypadł na finał mistrzostw świata w piłce nożnej, kiedy to Irlandia przegrała przez francuskiego zawodnika. Na ulicach Dublina doszło do niesnasek między lokalnymi kibicami, a Francuzami. Na Temple Bar na przykład grupa Irlandczyków zaatakowała Francuzów, jeden z napastników rozbił dziewczynie butelkę z winem na twarzy. Ona miała gaz pieprzowy i użyła go. To spowodowało dodatkowe problemy, ponieważ posiadanie gazu na Zielonej Wyspie jest nielegalne, w ogóle nie można go tu wwozić.

A.K.: Dlaczego?

Z.K.: Jest on uznawany za broń. Podobnie jak nóż – tego narzędzia też nie można nosić ze sobą.

A.K.: Czego zatem można używać do samoobrony?

Z.K.: Najlepszy jest lakier do włosów. Można nim skutecznie się obronić, nie wyrządzając nikomu większej krzywdy.

A.K..: Jakie cechy charakteru pomagają w pracy policjanta?

Z.K.: Przede wszystkim opanowanie, policjant nie może dać się sprowokować. Umiejętność pracy z ludźmi, a także umiejętność podporządkowania się przełożonym. Nie jest to zajęcie dla nadmiernego indywidualisty, czy samotnika.

A.K.: Czy fakt, ze jesteś Polką ma jakiś wpływ na Twoją pracę?

Z.K.: Z tym wiąże się anegdota z mojego pierwszego dnia w policji. Przyszłam więc do pracy, przebrałam się w mundur i zameldowałam u sierżanta. Ten powiedział, że ma dla mnie zadanie. W celi siedziało dwóch Polaków, bezdomnych, za jakieś drobne przewinienie. Przełożony kazał mi odczytać im po polsku ich prawa i akt oskarżenia. To też robiłam. Po około dwóch tygodniach jeden z tych mężczyzn zaczepił mnie na ulicy. Powiedział, że gdy weszłam do celi i odezwałam się po polsku, zrobiło mu się tak koszmarnie wstyd, że powiedział sobie, że już nigdy więcej nie popełni wykroczenia. Po tym zdarzeniu wziął się za siebie, znalazł pracę na part-time, uzyskał dopłatę z Social Welfare i zaczął normalnie funkcjonować. To było bardzo budujące zdarzenie.

A.K.: Poza pracą i wolontariatem masz też inne zainteresowania. Udzielasz się społecznie, w ubiegłym tygodniu zdobyłaś drugie miejsce na konkursie ortograficznym...

Z.K.: Rzeczywiście, lubię jak się dużo dzieje. Bywam w Polskim Ośrodku Społeczno Kulturalnym, interesuję się polityką i historią najnowszą. Ostatnio założyłam ze znajomymi klub Gazety Polskiej (tej, która wychodzi w Polsce). To klub dyskusyjny, miejsce, gdzie można wymieniać swobodnie opinie i poglądy. Pierwsze spotkanie klubu miało miejsce w miony piątek i dotyczyło sytuacji na Bliskim Wschodzie.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Skarby Tutanchamona – na wyciągnięcie ręki

środa, 02 marca 2011 12:59

 

Tutanchamon fascynuje ludzi od pokoleń. Zdjęcie jego maski jest chyba jednym z najlepiej znanych na świcie. Tajemnica okoliczności jego śmierci oraz skarby ukryte w grobowcu, a także klątwa która spadła na odkrywców miejsca pochówku, rozpalają wyobraźnię historyków i zwykłych ludzi. Już teraz w Dublinie tajemniczy świat sprzed tysiącleci jest na wyciągnięcie ręki. Skarby odkryte w grobowcu egipskiego władcy można podziwiać na wystawie zatytułowanej “Tutankhamon – his tomb and treasures”, w halach wystawowych RDS.

Tutanchamon jest jednym z najsłynniejszych egipskich faraonów. Na początku XX wieku archeolog Howard Carter trafiło na jego grobowiec, dzięki czemu możliwe było poznanie wielu faktów na temat realiów ówczesnego życia oraz panowania chłopca, który w wieku 10 lat został władcą Egiptu. Tutanchamon zmarł w wieku 19 lat. Mimo młodego wieku, w jakim panował, zdążył osiągnąć wiele sukcesów. Przeniósł on stolicę do Memfis, a także przywrócił staroegipską religię z Amonem na czele.

Po odkryciu mumii Tutanchamona zaczęto badać okoliczności jego śmierci. Podczas oględzin odkryto uraz czaszki, który mógł wskazywać, że był ofiarą zamachu. Dzięki komputerowym badaniom tomograficznym przeprowadzonym w 2005 roku okazało się jednak, że faraon zmarł z powodu złamania nogi. Ówcześni medycy nie potrafili poradzić sobie z takimi obrażeniami. Dodatkowo władca zapadł na malarię. Okazuje się, że Tutanchamon ogólnie był słabego zdrowia, najprawdopodobniej pochodził ze związku kazirodczego. Urodził się ze zniekształceniem stóp i rozszczepem podniebienia.

Grobowiec władcy odkryto w 1922 roku. Dokonał tego Howard Carter, angielski archeolog i egiptolog (bez formalnego wykształcenia). Grobowca poszukiwał przez pięć lat.

Na wystawie w Dublinie zgromadzonych zostało ponad 1,000 obiektów – perfekcyjnie wykonanych replik. Ekspozycja została przygotowana w taki sposób, by zwiedzający czuł się jak odkrywca grobowca z początku XX wieku. Eksponaty są na wyciągnięcie ręki. Organizatorzy podkreślają, że repliki zostały wykonane z najwyższą pieczołowitością, każda z nich uzyskała aprobatę uznanych egiptologów. Jako, że wielu oryginałów już się nawet nie wystawia w muzeach, które są do tego przystosowane, ze względu na ich niezwykłą wartość, jest to wspaniałą okazja by przekonać się, jak wyglądały przedmioty używane przed tysiącleciami. Jest wśród nich biżuteria, obiekty kultu, amulety, krzesła, złoty rydwan, tron władcy, broń oraz trumny, sarkofagi oraz ikoniczna już pośmiertna maska władcy. Ekspozycji towarzyszą dwa pokazy filmowe, każdy zwiedzający otrzymuje przewodnik audio na czas oglądania wystawy.

Wystawę do tej pory zobaczyło 1,700,000 ludzi w Anglii, Niemczech, Hiszpanii i Węgrzech. Jeszcze przed jej otwarciem w Manchesterze, bilety zarezerwowało 15,000 osób. Teraz, do 22 lipca tego roku można podziwiać wystawę w Dublinie.

(KA)



Tutanchamon – jego grobowiec i skarby

RDS Industries Hall
Ballsbridge

Dublin 4
Ireland
(wejście od Anglesea Road)



Poniedziałek - Piątek

16.00 dorośli
€8.00 dzieci (6-16 lat)
€13.00 bilet ulgowy (emeryci, studenci, itp)
€39.00 bilet rodzinny dla 4 osób (maksymalnie 2 dorosłych)

Soboty, Niedziele i Święta

18.00 dorośli
€10.00 dzieci (6-16 lat)
€16.00 ulgowy
€49.00 rodzinny




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

sobota, 22 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  82 303  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Od 2005 roku, czyli właściwie początków boomu imigracyjnego w Irlandii, pracuję w różnych polskich gazetach w Dublinie. Cały czas na bieżąco śledzę życie Polonii. Zapraszam do zapoznania się z nim.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 82303

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl