Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 835 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Polskie rowery podbijają Irlandię

czwartek, 30 czerwca 2011 18:29

 Zespół Krossa prezentuje zielony rower miejski – przygotowany specjalnie na pokaz w Dublinie. Po lewej Marek Szwaczkiewicz.  

 

Nasze rowery to produkt europejski, zaskakują Irlandczyków tym, że dorównują najlepszym światowym markom, a nawet je wyprzedzają” - zachwala produkt polskiej firmy Kross Wojtek Antonów. Jednoślady zostały zaprezentowane w minionym tygodniu potencjalnym partnerom biznesowym na Zielonej Wyspie. Specjalnie z tej okazji Kross wyprodukował rower w kolorze zielonym.

 - W ciągu pokazu odwiedzili nas przedstawiciele około 35 sklepów z Irlandii. Bardzo chwalili nasz produkt, który jest wykonany z najlepszych komponentów, jest innowacyjny. Niektóre nasze wyroby wyprzedzają światowe marki – na przykład ten wykonany całkowicie z karbonu – mercedes wśród rowerów – Level A+. Jak na taką jakość, konkuruje ceną – 17 tysięcy złotych – zachwala W. Antonów, marketingowiec Krossa.

Irlandczykom najbardziej podobały się rowery miejskie.

- Tutaj rozpoczyna się moda na jazdę rowerem po mieście. Zwiedzającym wystawę odpowiadał design i fakt, że modele są wykonywane w całości w Polsce, czyli w Europie – informuje Antonów.

Polskie rowery podbijają świat – są dostępne od Kanady po Australię. Od dwóch lat markę reprezentuje na Zielonej Wyspie Marek Szwaczkiewicz.

 - Współpracę rozpocząłem w połowie 2009 roku - sprzedawałem rowery Krossa przez Internet; miałem także swój sklep internetowy Virgin Bicycles. W marcu 2010 roku podpisałem umowę agencyjną na wyłączną sprzedaż rowerów Krossa na terenie Irlandii i Irlandii Płn. Na razie działam w pojedynkę, ale oczywiście mamy plany rozwoju terytorialnego, które będą wiązały się z powiększeniem działu sprzedaży – mówi.

Handlowiec jest przekonany o najwyższej jakości naszego produktu.

- Konkurujemy bardzo dobrą jakością wykonania, designem, dostępnością asortymentu, elastycznością i indywidualnym podejściem do klienta oraz - co ma niemałe znacznie szczególnie w tych trudnych dniach dla Irlandii - konkurencyjna ceną – wylicza.

Jak podkreśla Szwaczkiewicz, branża rowerowa to bardzo konkurencyjna dziedzina biznesu i by osiągnąć sukces, trzeba dużego doświadczenia, odwagi przy podejmowaniu decyzji, a przede wszystkim profesjonalizmu i oddanych dla firm ludzi.

Na razie handlowiec pracuje nad zainteresowaniem marką coraz większej liczby klientów na Wyspie.

- Nie posiadamy żadnych badań rynku, ale jesteśmy dopiero na początku drogi. W niektórych częściach Irlandii jesteśmy marką z dużym udziałem w rynku - jak choćby w Dublinie, gdzie nasze rowery można zobaczyć w coraz większej liczbie sklepów. A w niektórych częściach kraju trzeba jeszcze mocno pracować. Dużo zrobiliśmy, ale jeszcze więcej jest do zrobienia – przyznaje.

Prezentacja ta była pierwszą firmy Kross w Irlandii.

- Zaprosiliśmy na nie naszych obecnych dealerów z Irlandii i Irlandii Północnej. Chcieliśmy poznać się bliżej, porozmawiać, przedstawić firmę Kross, naszą historię, obecną kolekcję rowerów 2011, nasze plany, a także podzielić się sukcesami, których nie brakuje. Obok obecnych dealerów pojawiły się firmy, które chcą z Krossem rozpocząć współpracę, są zainteresowane naszymi rowerami. To także do nich, a może przede wszystkim do nich skierowane było to spotkanie – mówi Szwaczkiewicz.

  

W Isaac Hotel w Dublinie pokazane zostały jednoślady z kolekcji 2011: MtB i XC (tak zwane górskie), Trekking, City Ladies and Gents (rowery miejskie), Retro oraz Cross (sportowo- trekkingowe).

Dealerzy przekonują, że rower to modny i wygodny środek transportu.

- Moda na rower była zawsze. Dziś możemy mówić także, że to nie tylko moda, ale potężna gałąź przemysłu, zatrudniająca tysiące osób. Polska ma w tym przemyśle całkiem niezłą pozycję w Europie. Jeżdżąc rowerem jesteś “cool” - szanujesz środowisko, dbasz o zdrowie, oszczędzasz pieniądze - same plusy. Inna sprawa, czy masz gdzie jeździć - i w Polsce, i w Irlandii nie ma zbyt wiele ścieżek rowerowych. Warto pamiętać też o programie obowiązującym na Zielonej Wyspie: Bike to Work. To pomysł wart przeniesienia na rynek polski. Ludzie kupują rowery bo dzięki temu płacą mniejsze podatki, a co za tym idzie – oszczędzają - mówi handlowiec. - Bardzo dobrym pomysłem było wprowadzenie programu możliwości wypożyczania rowerów miejskich - Dublin Bikes. W Dublinie projekt ten funkcjonuje od niedawana, ale na przykład w Niemczech takie uliczne wypożyczalnie są praktycznie w każdym większym mieście.

Marek Szwaczkiewicz amatorsko jeździ Krossem Level A6. Jego hasło to: “Get fun between your legs!”

W najbliższych miesiącach w Dublinie będą miały szansę zaprezentować się inne polskie firmy.

- Wydział Promocji Handlu i Inwestycji Ambasady RP w Dublinie organizuje stoisko informacyjno-promocyjne podczas targów meblarskich Furniture and Home Accessories Fair w Dublinie (3-6 kwietnia). Istnieje możliwość bezpłatnej prezentacji materiałów marketingowe polskich przedsiębiorców z szerokorozumianej branży energii zainteresowanych eksportem do Irlandii. W przypadku przyjazdu na wystawę przedstawicieli polskich firm istnieje również możliwość skorzystania ze stoiska WPHI do przeprowadzenia rozmów biznesowych. Podobna sznasa będzie stworzona podczas wystawy Autumn Gift & Home Accessories Show w Dublinie (sieprień 2011), wystawy artykułów spożywczych SHOP 2011 (we wrześniu) oraz Building Exhibition 2011 (październik) – informuje WPHI w Dublinie.

Warto wiedzieć, że obroty handlowe Polski z Irlandią zwiększyły się w 2010 r. o 14,4%, osiągając poziom 1.238,4 mln euro. Osiągnięty w trudnych warunkach rynkowych wzrost wzajemnych obrotów handlowych jest jednak ciągle niższy od obrotów osiągniętych w rekordowym pod tym względem roku 2008.

Na koniec 2010 r. Irlandia była 31. partnerem handlowym Polski w eksporcie i 26. w imporcie.W 2010 r. w polskim eksporcie do Irlandii dominowały wyroby przemysłu elektromaszynowego, artykuły rolno-spożywcze, produkty mineralne oraz wyroby przemysłu chemicznego. W porównaniu do sytuacji w analogicznym okresie roku poprzedniego, w 2010 r. nastąpiły znaczne zmiany w strukturze naszego eksportu do Irlandii. W grupie wyrobów przemysłu elektromaszynowego znacznie zmniejszył się eksport części i akcesoriów komputerowych przy jednoczesnym dynamicznym wzroście eksportu samochodów osobowych i dostawczych, komputerów oraz samolotów. Kryzys irlandzkiego sektora budowlanego i rynku nieruchomości w dalszym ciągu negatywnie wpływa na poziom eksportu stolarki budowlanej i mebli, chociaż w przypadku tych ostatnich nastąpiła już pewna stabilizacja obrotów. Dobrze rozwija się natomiast eksport artykułów rolno-spożywczych (mięso, piwo, wędliny), produktów mineralnych (węgiel, koks, produkty petrochemiczne) oraz wyrobów przemysłu chemicznego (nawozy azotowe).

(Źródło: http://dublin.trade.gov.pl/pl)



 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

W ciszy kwitną kwiaty...

środa, 29 czerwca 2011 12:31

 

 

 

Hops to grupa, ale i jednostka. Jest tworem otwartym i ewoluującym. To stan ducha, bycie, inspiracja. Grupa poetycko-muzyczna powstała w Dublinie dobrych pięć lat temu. Przewinęło się przez nią pół setki osób. Działała i działa na zasadach kółka towarzyskiego, złączona więzami przyjaźni . Bez gonienia za kasą, czy sławą. Jej członkowie dzielą się swoimi pasjami i umiejętnościami, starają się chwytać chwilę i po prostu czerpać radość z życia. Rozmawiam z jej inicjatorem i kierownikiem, Cezarym Waloszkiem.

Aneta KUBAS: Jesteś człowiekiem, który niemal nie rozstaje się z gitarą, żyjesz muzyką i poezją. Czy te zainteresowania wyniosłeś z rodzinnego domu?

Cezary WALOSZEK: Rzeczywiście, dom moich dziadków w Gdańsku był przesycony artystycznym klimatem. Rodzice mojej mamy przyjechali na Wybrzeże z Wilna, dziadek cudem uniknął wywózki przez NKWD do Katynia, był polskim oficerem. Babcia pisała wiersze, najmłodszy brat mojej mamy - Tadeusz Karmazyn, był znanym wykonawcą poezji śpiewanej. W domu grało się na pianinie, recytowało wiersze, przewijali się artyści. Bywał u nich nawet Zbigniew Cybulski. W domu przechowywany był sprzęt używany podczas realizacji jego filmu „Do widzenia, do jutra”. Ta atmosfera miała na mnie ogromny wpływ. Grałem, pisałem wiersze, śpiewałem. I tak już mi zostało...

A.K.: Przez piętnaście lat prowadziłeś w Gdańsku własną drukarnię i wydawnictwo, dobrze prosperowałeś. Co się stało, że zdecydowałeś się wyjechać do Irlandii? Czy dotknęła Cię bolączka większości przedsiębiorców w pewnym okresie – niewypłacalność klientów?

C.W.: Moja drukarnia rzeczywiście dobrze funkcjonowała. Jednak w pewnym momencie moi klienci zaczęli emigrować, zaczęły się problemy z płynnością gotówki i interes przestał się opłacać. I tak w 2005 roku wylądowałem z „polskim desantem” na Wyspie. Przyjechałem sam, jednak już po roku miałem spore grono znajomych – ludzi o tych samych zainteresowaniach. Spotykaliśmy się tam, gdzie bywali zwykle rodacy – w Domu Polskim, w kościele st. Michants, na mszach świętej pamięci księdza Andrzeja. Potem u dominikanów, z którymi do dziś związani jesteśmy najbliżej.

A.K.: Jak powstała grupa?

C.W. Właśnie z takich spotkań. Lubiliśmy ze sobą przebywać, grać i śpiewać. Łączyły nas też wyprawy z grupą turystyczną „Siwy dym” i spotkania Taize u dominikanów. W czerwcu 2006 roku przyszła mi do głowy myśl: „Zróbmy regularne spotkania” i zaczęliśmy schodzić się w salce przy kościele, po nabożeństwie w każdy czwartek. Na początku przychodziło 7 – 10 osób. Nie mieliśmy jakichś planów, po prostu byliśmy. Śpiewaliśmy, graliśmy, recytowaliśmy.

 

A.K.: Skąd się wzięła Wasza nazwa?

C.W.: Kiedy zmarł Marek Grechuta, zorganizowaliśmy wieczór poświęcony Jego pamięci. Śpiewaliśmy różne jego piosenki, mnie jednak po głowie chodziła stale ta jedna: „Hop, szklankę piwa”. I tak się przyjęło Hops – to był pomysł grupy i ja go przyjąłem. U nas nie ma jakiejś hierarchii, zarządu. Każdy jest traktowany na równi. A nazwa? Ma dla nas dwa znaczenia. Kojarzy się z chmielem – który uspokaja i wycisza. A po drugie – z przeskakiwaniem czegoś – barier, blokad.

A.K.: Czy do dziś spotykacie się regularnie?

C.W.: Grupa jest tworem otwartym, zmieniają się osoby z nią związane. Jednak wszystkich nas łączy przyjaźń. Dziś spotykamy się nieregularnie, ale bardzo często. Wystarczy, że ktoś rzuci hasło: organizujemy wyjazd, gramy koncert, czy wychodzimy gdzieś razem. I kto może i ma ochotę – przychodzi. Niedawno wróciliśmy z naszego dorocznego wyjazdu nad ocean. Wkrótce organizujemy koncert-niespodziankę w polskim kościele na High Street. Jesteśmy ciągle aktywni, wszędzie nas pełno.

A.K.: Kogo przyciąga grupa?

C.W.: To osoby, które mają podobne zainteresowania – muzyka, turystyka. Są wśród nas różni instrumentaliści, plastycy, poeci, pasjonaci aktywnego spędzania czasu na świeżym powietrzu. Nasze umiejętności i pasje uzupełniają się i ubogacają. Jeżeli jedziemy w góry, to ten, kto chce, się wspina, a kto woli, gra przy ognisku. Dla nas najważniejsza jest atmosfera, czerpanie z uroków życia, docenianie magii chwili. Jesteśmy dla siebie inspiracją, otwieramy się w tej spokojnej, bezpiecznej atmosferze. Taki nastrój pomaga wyjść ze skorupki, jak ślimak, który wysuwa czułki, gdy jest bezpiecznie i cicho. Mawiam, że w ciszy kwiaty kwitną. U nas tak jest. Ponadto, naszym credo jest szanowanie autonomiczności każdej osoby. Hops to grupa, ale i jednostka. Jeżeli na koncercie grałby tylko jeden z nas, to już jest Hops. Jak dotąd nam się to sprawdza.

A.K.: Sprawiasz wrażenie bardzo uduchowionej osoby. Powiedz, czy w Irlandii łatwo jest być poetą?

C.W.: Bardzo łatwo. Irlandia jest pro-artystyczna. Ja tutaj czuję się jak w domu. Z oceanicznym wiatrem niesie się tutaj jakaś magia, która zachęca do tworzenia. Staramy się z tej atmosfery wydobyć jak najwięcej, wyciągnąć szczęście, łapać chwilę... Żyć bez planów, balastu wspomnień. Tu i teraz.

A.K.: Dziękuję za rozmowę.

 


Podziel się
oceń
14
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

No to jesteśmy w Pizie!

wtorek, 28 czerwca 2011 11:53

 

 

 

 

Monika Florek uwielbia podróże, tę styczniową do Krakowa zapamięta na całe życie.  

"Uwaga pasażerowie, za chwilę samolot wpadnie do morza" - taki komunikat podano zaraz po starcie z Londynu maszyny linii British Airways. Okazało się, że informacja została odtworzona przez pomyłkę. US Airways dostarczyło pewnemu mieszkańcowi Filadelfii trumnę ze zwłokami. Tyle, że mężczyzna zamawiał... rybki akwariowe. Monika Florek z Dublina zamiast w Krakowie wylądowała w Kaunas na Litwie. Pomimo że linie lotnicze stosują się do licznych procedur bezpieczeństwa, ciągle zdarzają się pomyłki.

 

Makabryczna pomyłka

Pasażerowie linii British Airways tuż po starcie usłyszeli, że maszyna za chwilę wpadnie do morza. Samolot znajdował się właśnie nad Morzem Północnym – był to rejs z Heathrow do Hongkongu.

- Wszyscy myśleliśmy, że umrzemy - powiedziała 32-letnia Michelle Lord z Preston w północnej Anglii.

Obsługa lotu szybko zauważyła swój błąd i poinformowała o pomyłce 275 pasażerów. "Przepraszamy pasażerów, którzy lecieli tym samolotem, za spowodowanie niepotrzebnego stresu" - powiedział rzecznik przewoźnika.

Dwa lata temu doszło do makabrycznej pomyłki linii US Airways. Linie dostarczyły trumnę ze zwłokami mieszkańcowi Filadelfii, który oczekiwał na pojemnik z tropikalnymi rybami akwariowymi – poinformował dziennik "Philadelphia Daily News". Trumna, dostarczona przedstawicielowi sklepu zoologicznego, była zapakowana w wielkie kartonowe pudło. Pomyłkę stwierdzono dopiero w sklepie. Linie lotnicze bardzo przeprosiły za ten incydent, a kobieta, której zmarły mąż trafił do sklepu zoologicznego, całą sprawę potraktowała z humorem.

-"Najpierw byłam zaszokowana, ale potem trochę się uśmiałam. Mój mąż był żartownisiem. Myślałam, że po raz ostatni z nas sobie zakpił".

Zwłoki mężczyzny, 65-letniego listonosza, miały trafić do jednej z placówek naukowych w Filadelfii.

 

Wsiąść do samolotu byle jakiego...

W czasach, kiedy Polacy masowo podróżują samolotami, także i na naszym podwórku często dochodzi do pomyłek. Do dziś nie wiadomo, jakim cudem dwaj mężczyźni z Barcina pod Bydgoszczą polecieli do Londynu bez ważnego biletu i braku ich nazwisk na liście pasażerów. O nietypowej przygodzie Jacka J. i Piotra G. pisał „Express Bydgoski”. Mężczyźni polecieli z lotniska w Bydgoszczy do stolicy Anglii w Walentynki, czyli 14 lutego. Do Polski mieli wracać dwa dni później. Mieli bilety. Zamówili je przez internet, a zapłacili przelewem. W wyznaczonym dniu udali się na lotnisko, odprawili bagaż i polecieli. Problemy pojawiły się w drodze powrotnej. Podczas kontroli na lotnisku Stansted pod Londynem okazało się, że nie mają wykupionych biletów. Kiedy obsługa zaczęła sprawdzać dane Polaków, okazało się, że nie było ich na liście pasażerów lecących do Londynu, a ich bilety były zabukowane na 14 i 16 marca. Pan Jacek przyznał w rozmowie z dziennikarką „Expressu”, że musiał pomylić daty, kiedy dokonywał rezerwacji. Pyta jednak, jakim cudem obsługa lotniska wpuściła do samolotu osoby, które nie miały biletu.

- Próbowaliśmy to wyjaśnić na lotnisku, ale potraktowano nas bardzo arogancko - mówią Jacek J. i Piotr G., którzy prosili dziennik o interwencję. Pomimo kilkakrotnych prób, dziennikarzom nie udało się otrzymać wyjaśnień w tej sprawie od przedstawicieli portu lotniczego.

Monika Florek z Dublina, rezerwując bilet na tani lot, nie spodziewała się, że właśnie rozpoczyna się przygoda jej życia. Dziś się niej śmieje, jednak gdy to się stało, wylała wiele łez. Zaczęło się od informacji, że powiesił się jej najbliższy przyjaciel. 27-latka natychmiast zdecydowała, że poleci na pogrzeb. Z dnia na dzień zarezerwowała bilet do Krakowa. Informacja o śmierci spowodowała, że była roztrzęsiona.

- Przepłakałam całą noc, a o piątej musiałam wyjechać z domu, żeby zdążyć na lot o 7:30. Byłam nieprzytomna, niewyspana, w totalnej rozsypce. Już na samym początku podróży zaczęły się kłopoty. Mieszkam w Bray pod Dublinem, a w Dun Laoghaire zorientowałam się, że kolega zapomniał zabrać z holu mojej walizki. Nie wiem, jak ją przeoczył, bo była różowa i nie dało się jej nie zauważyć. Musieliśmy wrócić po bagaż, a przez to zostało nam mało czasu. Musieliśmy się naprawdę spieszyć.

Pani Monika wpadła jak burza na lotnisko, ale zdążyła się odprawić, nadała bagaż.

- Wyszłam jeszcze na papierosa, potem udałam się do kontroli bezpieczeństwa, a następnie skierowałam się do bramki A. Nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło. I tu zaczął się fatalny splot okoliczności. Duża tablica odlotów akurat miała awarię, rzuciłam więc okiem na mały telewizor, zobaczyłam miejscowość na literę „K” i uznałam, że to Kraków. Ruszyłam do bramki, której numer widniał przy tej miejscowości. Na miejscu usiadłam na krzesełku, otworzyłam laptopa i czekałam spokojnie na boarding. Trochę mnie zdziwiło, że wokół pełno było ludzi, którzy mówili jakby po rosyjsku. Ale wytłumaczyłam sobie, że pewnie lecą do Krakowa po papierosy. Ha ha ha – śmieje się kobieta. - Później okazało się, że obsługa mojego właściwego lotu wzywała mnie po nazwisku, ale w tej części lotniska, gdzie byłam, głośniki nie działały.

Wreszcie rozpoczęło się odprawianie pasażerów do samolotu. Członek załogi oderwał część karty pokładowej kobiety, nie sprawdzając jej. Polka weszła bez przeszkód na pokład. Stewardessy policzyły pasażerów, widocznie ich liczba się zgadzała, bo samolot zaczął kołować na pas startowy. Obsługa rozpoczęła demonstrację zasad bezpieczeństwa na pokładzie – w języku angielskim i litewskim. Monika słyszała to jak przez mgłę, bo właściwie od razu zasnęła. Obudziło ją dopiero uderzenie kół maszyny o ziemię.

- Otwieram oczy i widzę jakieś zadupie i krzaki! Znajomi mówili mi, że w Krakowie nie ma śniegu (był styczeń), a tu biało. Boże, gdzie ja jestem?! - zastanawiałam się gorączkowo. - Pasażerowie skończyli klaskać i słyszę w tym momencie pilota: „Witam w Kaunas”. Jakie Kaunas?! Porwali nas, czy co?? Zapytałam pasażera siedzącego obok mnie, gdzie my jesteśmy, a on na to: Na Litwie. Omal nie zemdlałam.

 

Błękit, czyli zieleń

Pani Monika ruszyła za tłumem do wyjścia, postanowiła odebrać walizkę, a potem obmyślić strategię działania. Pasażerowie odbierali swoje bagaże, podajnik się wreszcie zatrzymał, a jej bagażu nie było. Kobieta usiadła na taśmie transmisyjnej i popłakała się.

- W budynku nie było nikogo, wszyscy sobie poszli. Byłam głodna, nie miałam papierosów, kart płatniczych, na komórce 19 centów, a w portfelu 200 euro. Na szczęście, pojawiła się jakaś kobieta z miotłą. Próbowałam się z nią dogadać, ale nie rozumiała po polsku, ani po angielsku. Na szczęście sprowadziła kogoś z obsługi. Kobieta nie mogła zrozumieć, jak mogło dojść do takiej pomyłki. Zadzwoniła na lotnisko w Dublinie. Tam zadecydowano, że mam wracać tym samym samolotem do Irlandii. Całe szczęście, że maszyna miała lot powrotny, inaczej musiałabym czekać dwa dni!

Kobieta wróciła szczęśliwie do Dublina, jednak to nie był koniec jej przygód.

- Dowiedziałam się, że mój bagaż wrócił z Krakowa, dokąd poleciał beze mnie, do Irlandii. Odszukałam go na lotnisku i okazało się, że moja śliczna różowa walizka jest cała czarna, a rączka i stelaż połamane. Wydano mi zatem walizkę zastępczą. Poza tym zabukowano mi bilet na następny dzień, znowu na godzinę 7:30. Rano – ta sama historia. Ten sam kolega zawozi mnie na lotnisko, przechodzę odprawę bagażową, kontrolę bezpieczeństwa i ruszam do wyjścia. Zanim zajęłam miejsce w poczekalni, kilka razy dopytałam, czy to lot do Krakowa. Wreszcie wyszła stewardessa, by zacząć boarding pasażerów. Tylko, że zamiast w granatowym uniformie Ryanaira, była w zielonym. Nogi się pode mną ugięły. Podeszłam do niej i pytam, czy to lot do Krakowa, ona na to, że tak. Pytam więc, dla jakich linii pracuje, a ona: „dla Aerlingusa”. O Boże! - pomyślałam w panice, to nie ta bramka! Okręciłam się na pięcie, złapałam walizkę, sięgnęłam ręką do torebki... Okazało się, że nie paszportu ani karty pokładowej! Zgubiłam!

27-latka pognała do sklepów, które odwiedzała po drodze do bramki, jednak nigdzie nie było jej paszportu. Wreszcie, w punkcie kontrolnym poinformowano ją, że pracownik obsługi czeka na nią przy bramce z jej dokumentami. W głośnikach usłyszała swoje nazwisko i ostatnie wezwanie do wyjścia. Odebrała paszport i kartę pokładową i w ostatniej chwili wsiadła do samolotu. Tym razem wylądowała w Krakowie.

- Dzisiaj śmieję się z tego wszystkiego, ale wtedy byłam wykończona i załamana. Od tego zdarzenia po trzy razy upewniam się, czy rezerwuję właściwy lot, a na lotnisku po kilka razy sprawdzam bramki – zapewnia.

Przypadek Moniki Florek nie jest bynajmniej odosobniony. Lech Sieradzki leciał pół roku temu tanimi liniami do Warszawy.

- Stewardessy liczyły pasażerów i liczyły, i ciągle im się nie zgadzało. Wreszcie jedna wzięła mikrofon i pyta: „Czy wszyscy Państwo lecicie do Warszawy?” Na to podniósł się Irlandczyk: „Ja do Pizy!” Został natychmiast wyprowadzony z pokładu – opowiada.

Autor bloga http://bez-granic.pl (prosi o anonimowość) pomylił się przy rezerwacji.

- Było to kilka miesięcy temu. Za oknem paskudny marzec. Zimno, śnieg pada jak wściekły, brrrr… Jedyną pocieszającą myślą było to, że już niedługo wiosna, no i długi weekend majowy. Przeglądałem internet i trafiłem na jakieś wspomnienia, opis wrażeń kogoś z pobytu na Gran Canarii. Opis był fajny i bardzo chwalił miejsce, pięknie opisując wyspę i jej stolicę - Palmę. Postanowiłem szybko sprawdzić, czy lata tam jakaś tania linia lotnicza. Wszedłem na stronę linii niemieckich, wpisałem Palma i od razu wyskoczył lot. Termin idealny i cena również. Ucieszony, podniecony, że miałem tyle szczęścia, szybko kupiłem bilety. Z hotelem poszło również sprawnie. Kilka stron z opisami, kilka recenzji i mam. Oczywiście nie mogłem się doczekać wyjazdu, więc przez prawie dwa miesiące czytałem o Gran Canarii, układałem plan pobytu, co zobaczyć, gdzie pójść, itp. Wszystko zaplanowane, więc umilałem sobie zimne dni oglądaniem zdjęć w internecie. Piękne wydmy w Maspalomas czekają… - wspomina.

Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu.

- Startujemy i już jesteśmy w powietrzu. Po kilku minutach lotu wita się z nami pilot. Najpierw po niemiecku, z którego niewiele rozumiem, ale jakby doleciało do mnie, że rejs potrwa około dwóch godzin. Zapaliła mi się „lampka” w głowie, bo miał trwać pięć, ale pomyślałem, że pewnie źle zrozumiałem. Po chwili pilot „przesiada” się na angielski. Przedstawia się, mówi na jakiej wysokości polecimy i że lot na Majorkę trwać będzie około dwóch godzin! Chwila, na jaką Majorkę? Przecież my lecimy na Gran Canarię!!! W tym momencie w mojej głowie jakby cofnął się film. Zacząłem kojarzyć fakty i zdarzenia z ostatnich tygodni. Pomyliłem dwie wyspy, dwa archipelagi!!! Bilet lotniczy wykupiłem na Baleary, a hotel zarezerwowałem na Kanarach!!! Nie, to niemożliwe! Biorę do rąk pokładową gazetkę i oczom nie wierzę. Ta linia nie lata na Gran Canarię!!! My lecimy na Majorkę!!! Czytanie przez dwa miesiące o Gran Canarii sprawiło, że nawet do głowy mi nie przyszło, żeby sprawdzić bilet.

Okazało się, że stolica Majorki nazywa się Palma de Majorka, natomiast stolica Gran Canarii – Las Palmas. Na obie stolice potocznie mówi się Palma.

Aneta KUBAS

 

 

 

Zgubienie bagażu, zagubienie drogi, odłączenie się od grupy, kradzież pieniędzy lub dokumentów, kontuzja – to tylko niektóre z możliwych przykrości, jakie mogą spotkać turystę na wakacyjnym wyjeździe. Nic jednak nie może równać się z wejściem na pokład niewłaściwego samolotu. Co zrobić w takiej sytuacji?

Choć wydaje się to mocno nieprawdopodobne, zdarzały się już przypadki pomylenia samolotów, będące wynikiem błędu zarówno pasażera, jak i lotniskowej obsługi. Pierwszym zabezpieczeniem, jakie powinien podjąć turysta, jest upewnienie się, że kupuje właściwe bilety lotnicze, a na lotnisku kieruje się do właściwej bramki. Ich pomylenie może bowiem mieć także inne, mniej nieprawdopodobne konsekwencje – w postaci spóźnienia się na właściwy lot.

Ostrożność jest zalecana w każdym przypadku. Nieważne, czy masz bilety na pierwszą klasę, czy korzystasz z opcji „tanie latanie”, bowiem zarówno drogie, jak i tanie bilety lotnicze mogą cię zaprowadzić tam, gdzie nie chciałbyś się znaleźć. Oczywiście, jeśli już dojdzie do niefortunnej pomyłki, w żadnym wypadku nie powinieneś panikować. Jeżeli zauważysz swój błąd na pokładzie, zachowaj spokój. Nie domagaj się głośno zawrócenia samolotu – nie jesteś najważniejszym z pasażerów. Powiadom stewardessę o swojej pomyłce, a obsługa linii lotniczych pomoże ci po wylądowaniu. To właśnie liniom lotniczym, którymi poleciałeś, powinieneś powierzyć opiekę nad sobą w takim przypadku – wpadłeś w kłopoty częściowo z ich winy.

Nie spodziewaj się jednak, że nadrobisz stracony czas. Twoja pomyłka nie zostanie naprawiona w dziesięć minut. Jeśli loty powrotne są już zabukowane, możesz poczekać nawet kilka dni na swoją podróż. Oczywiście możesz także dojść do porozumienia ze swoim przewoźnikiem i dotrzeć bezpośrednio do pierwotnie planowanej lokalizacji. W każdym przypadku najważniejsze jest zachowanie spokoju. Paniką czy zdenerwowaniem niczego bowiem nie osiągniesz.

Źródło: http://blog.lotnicze-bilety.pl


 

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Złodziejstwo na dwóch kółkach

sobota, 25 czerwca 2011 20:23

 

Kamera CCTV zarejestrowała kradzież roweru

Mężczyzna wchodzi do sklepu w centrum Dublina. Nie wie, że jest obserwowany. Przestępcę zainteresował najwyraźniej rower, który Polak zostawił przed magazynem. Złodziej chwilę obserwuje otoczenie i zapięcie, potem działa błyskawicznie. W 20 sekund, gołymi rękami rozbraja zabezpieczenie. W Irlandii co roku zgłaszanych jest ponad dwa tysiące kradzieży jednośladów. 

 

Strona internetowa Gardy pęka w szwach od zdjęć rowerów pochodzących z kradzieży, po które nie zgłosili się właściciele.

- Garda rozpoczęła pilotażowy program, który pozwala obywatelom oglądanie on-line fotografii zaginionych lub skradziowych przedmiotów, w tym rowerów, po które nikt się nie zgłosił - http://www.flickr.com/photos/gardasiochana/sets/72157625091734993/ . Rzeczy te są przechowywane na razie w Shankill, Store Street (Dublin 2), Athlone, Terenure (Dublin 6). Osoby, które rozpoznają swoje rzeczy, powinny się zgłosić na najbliższy posterunek policji. Jeżeli straconej rzeczy nie ma na zdjęciu, warto też zgłosić się na Gardę i zapytać, czy przypadkiem własności nie odzyskano. 

Kradzieże rowerów są w Irlandii prawdziwą plagą. Co roku giną ich tysiące. Złodzieje rozbrajają najbardziej wymyślne zabezpieczenia, lub rozkradają wszystkie dostępne części. Jednoślady znikają sprzed domów, sklepów, z klatek schodowych i tarasów. Robert „Siwy” Nowak, znany w Dublinie DJ i radiowiec, padł ofiarą złodzieja w ubiegły weekend. Wystarczyło pozostawienie roweru na kilka minut przed sklepem. 

- Wybrałem się rowerem do biblioteki, w której pracuję jako wolontariusz, ale po drodze postanowiłem wejść do sklepu w okolicach Gardiner Street (Dublin 1). Była jedenasta rano, rower przypiąłem do barierki przy dość ruchliwej ulicy. Wszedłem do sklepu, a po chwili usłyszałem, jak sprzedawczyni pyta, czy ktoś nie zostawił roweru na zewnątrz, bo jakiś człowiek przy nim majstruje. Wybiegłem na zewnątrz, ale zobaczyłem tylko tylne koło w oddali. Wróciłem wściekły do sklepu, sprzedawczyni poradziła mi, żebym zapytał ochroniarza z budynku obok, czy nie widział zajścia.

Nowak tak też zrobił i okazało się, że wszystko nagrało się na kamerę monitoringową.

- Na nagraniu widać wyraźnie, jak mężczyzna, na oko 20 – 25 lat, najpierw obserwuje, jak parkuję pod sklep, potem chwilę lustruje otoczenie i sam rower, a następnie błyskawicznie dopada do niego, w dwadzieścia sekund rozbraja zapięcie i odjeżdża.

Pracownik ochrony poradził poszkodowanemu, żeby zadzwonił po policję. Kobieta w słuchawce kazała mu czekać na miejscu zdarzenia. Po 40 minutach Robert stwierdził, że nie może dłużej czekać i postanowił zgłosić się sam później na posterunek.

- Było już południe, wróciłem do domu i po godzinie znowu wyszedłem. Pomyślałem, że przejdę się Summerhill (ulica w Dublinie1), rozejrzę się, może zobaczę swój rower. I rzeczywiście, natknąłem się na tego samego człwowieka, jak pompował na ulicy mój rower! Podszedłem do niego i zapytałem, czy chciałby go sprzedać. Powiedział, że tak, za sto euro (sam go kupiłem za pięćdzesiąt). Stwierdził, że ma go od trzech tygodni, a ja mu na to, że raczej od półtorej godziny i że mi go ukradł. Wtedy stał się agresywny, zaczął wymachiwac pompką. Powiedziałem, że nie chcę kłopotów, żeby tylko oddał moją własność. Wtedy wsiadł na rower i uciekł – denerwuje się Robert.

Irlandzka policja prowadzi akcje informacyjne mające uchronić obywatelami przed plagą kradzieży.

- Z naszych danych wynika, że bez zgody właścicieli przywłaszczanych jest rocznie ponad dwa tysiące rowerów. Aby się jak najlepiej zabezpieczyć na taką ewentualność, należy: wykonać co najmniej jedno kolorowe zdjęcie jednośladu, spisać rodzaj modelu i numer ramy oraz wszystkie cechy charakterystyczne (na przykład zadrapania); oznaczyć własność dodatkowo w dwóch różnych miejscach (oznaczenie powinno być wyraźnie widoczne i trudne do usunięcia, najlepiej by zrobił to specjalista). Warto przykleić naklejkę z informacją, że jednoślad jest oznakowany. Dodatkowo własność można ubezpieczyć – albo osobno, albo przy okazji wykupywania polisy na dom – radzi Tony Connaughton, sierżant z biura prasowego Gardy. 

Marek Piecyk z Dublina 8 stracił już dwa rowery, pomimo że przechowuje je na klatce apartamentowca.

- Do pracy nie ma połączenia autobusowego, a samochodem jeździć nie chcę, ze względu na korki. Rowerem docieram na miejsce najszybciej. Trzymam go zawsze na korytarzu, bo w moim mieszkaniu nie ma miejsca. Zapinam go dodatkowo linką, ale to nic nie daje. Pozostaje mi kupowanie tanich modeli, żeby strata była mniejsza – mówi.

Tony Connaughton radzi, aby nie parkować pojazdów na widoku publicznym.

- Nie zostawiajmy ich niezabezpieczonych na ulicy, nawet na chwilę. Jeżeli trzymamy jednoślad w garażu, czy komórce – zamykajmy drzwi. Wewnątrz warto dodatkowo przypiąć rower do ściany lub nieruchomego obiektu, na przykład rampy, czy poręczy. Zabierzmy ze sobą wszelkie łatwo odczepialne części. Jeżeli parkujemy na zewnątrz, wybierzmy niewidoczne miejsce lub wyznaczone do tego stojaki. Nie zostawiajmy jednośladu codziennie w tym samym miejscu.

Jeżeli już dojdzie do kradzieży, należy ten fakt zgłosić na policję.

- Kiedy poszedłem do domu zaraz po kardzieży, bynajmniej nie próżnowałem. Przygotowałem sobie zdjęcia mojego roweru, sporządziłęm dokładny opis sprzętu i skopiowałem nagranie z monitoringu. Następnie udałem się na posterunek, gdzie przyjęto ode mnie materiały i zgłoszenie – informuje Robert Nowak. - Nie chodzi mi o sam rower, bo kosztował tylko pięćdziesiąt euro, ale o to, żeby złodziej został ukarany.

 


Marcin Hyła z serwisu rowery.org.pl radzi:

Doświadczenie pokazuje, że można w znacznym stopniu ograniczyć ryzyko kradzieży, zachowując się po prostu rozsądnie. Większość ukradzionych rowerów albo była zamknięta zapięciem typu "linka - sprężynka", które można przeciąć zwykłym sekatorem, albo nie była zamknięta w ogóle! Właściciele rowerów z porażającą bezmyślnością zostawiają swoje pojazdy "na sekundkę" przed sklepem bez żadnego zabezpieczenia. Tymczasem okazja czyni złodzieja i warto o tym zawsze pamiętać.

Czego absolutnie i pod żadnym pozorem nie wolno robić NIGDY:

- zostawiać roweru otwartego i gotowego do drogi w miejscach publicznych: przed sklepem, na ulicy itp.

- używać zapięć typu "linka" i "kiełbasa" (nawet najgrubszych i najbardziej zachwalanych przez sprzedawców)

  • zostawiać rowerów na klatkach schodowych

  • warto też pamiętać, że im bardziej "bajerancki" rower (amortyzator itp.) tym większa szansa, że przyciągnie uwagę złodziei.

Co należy robić, aby się skutecznie chronić przed kradzieżą?

Trzeba pamiętać, że nie ma zapięć nie do sforsowania. Możemy najwyżej zniechęcić złodzieja do kradzieży, utrudniając mu jego "pracę". Ogromną większość zapięć można sforsować za pomocą prymitywnych narzędzi w ciągu kilku sekund (!!). Lepsze zapięcia zajmują wprawnym złodziejom nawet kilka minut, co zazwyczaj decyduje o tym, że złodziej rezygnuje z łupu.

Musimy nabyć kłódkę szaklową w kształcie litery "U", tzw. U-lock i to wyłącznie najbardziej renomowanych firm (Abus, Kryptonite). U-lock powinien być zakładany i zapinany możliwie ciasno i tak, aby sama dziurka zamka była możliwie trudno dostępna.

Tylne koło należy zapinać specjalną dodatkową kłódką, mocowaną na stałe do tylnego widelca. Z pozostawianego roweru za każdym razem zdejmujemy liczniki, lampki bateryjne, a także siodełko (jeśli jest mocowane za pomocą szybkozłącza). Złodziej ich nie ukradnie, a rower bez siodełka jest mniej atrakcyjny i trudniej na nim uciec.

Warto zbadać, czy w pobliżu miejsca parkowania naszego roweru nie ma kamer telewizji przemysłowej (CCTV). Takie kamery znajdują się w pobliżu banków, ważniejszych instytucji, wielu bankomatów, domów towarowych i supermarketów czy na niektórych dworcach.

Rowery miejskie wydają się znacznie mniej atrakcyjne dla złodziei. Są generalnie tańsze, a ich budowa jest prostsza. Składają się z niewielu części - na przykład nie mają zewnętrznych przerzutek. Za to kradzież samego tylnego koła takiego roweru, wyposażonego w kontrę jest bardzo kłopotliwa. Dlatego w rowerze miejskim możemy zapinać U-lockiem tylko ramę, stojak i przednie koło. Kradzież czy uszkodzenie miejskiej "kozy" wiąże się z mniejszą stratą finansową. Osoby, które często dojeżdżają do pracy czy szkoły rowerem i muszą je przechowywać w niestrzeżonych miejscach, powinny rozważyć nabycie drugiego, prostszego i tańszego roweru służącego do jazdy po mieście. Jak samemu szybko i tanio złożyć taki rower miejski, opisane jest tutaj.

W przypadku straty roweru, bezwzględnie zgłoś kradzież na policji, choć może to trwać i cztery godziny. Jeśli skradziony rower zostanie przypadkowo znaleziony - np. podczas policyjnego nalotu na złodziejską "dziuplę", jest szansa, że do Ciebie wróci. Jeśli nie zgłosisz kradzieży - nie ma takiej możliwości. Poza tym nie pomagaj policji w "ulepszaniu" statystyki - oni pracują za nasze podatki!

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pieniądze na ulicy

czwartek, 23 czerwca 2011 21:49

 

 

W czasach prosperity Celtyckiego Tygrysa pieniądze leżały na ulicy. Wystarczyło się schylić i podnieść. Można było znaleźć centy, ale i bez problemu setki. Dzieciaki rzucały się pieniędzmi, ludzie wyrzucali złote drobiazgi z portfela, bo zajmowały im miejsce. Dziś tygrys stępił nieco pazury, ale nadal Irlandia to kraj, w którym po pieniądze wystarczy się schylić – nie jest problemem znaleźć piątkę, a nawet pięćdziesiątkę. Czasami trafi się cała torba banknotów...

 

Podnieś grosz, przyciągnij dobry los

Po czym poznać, jak powodzi się w Irlandii? Po drobniakach leżących na ulicy. Irlandczykom znana jest doskonale stara rymowanka mówiąca, że kto podniesie pennyego (dawny grosz) będzie miał szczęście cały dzień: "Find a penny, pick it up. All day long, you'll have good luck.". Jednak jszcze kilka lat temu po drobiazgi, które wypadły przy płaceniu, mało komu z miejscowych chciało się schylić. Polacy, którzy po raz pierwszy postawili stopę w kraju Celtyckiego Tygrysa skrupultanie zbierali monety z ulic, spod bankomatów i na przystankach autobusowych.

- W 2005 czy 2006 roku na ulicach pełno było pieniędzy. Schylałem się po każdego centa. To dawało takie poczucie dobrobytu. Może to nie była duża kwota - nawet po przeliczeniu na złotówki - ale twardą walutę lepiej czuło się w portfelu – mówi Marek Zawadzki, budowlaniec od 2005 roku żyjący w Irlandii.

Osoby, które dopiero niedawno przyjechały na wyspę, twierdzą że pieniądze nadal łatwo jest znaleźć – może ci, którzy są tu dłużej po prostu nie zwracają uwagi na ten łatwy, acz skromny łup? Jednak na Zielonej Wyspie przypadki znalezienia i większej gotówki, czy różnych dóbr, nie należą do rzadkości. Na forum gazety.ie użytkownicy licytują się:

Wczoraj, wracając z piekarni, znalazłem 10 euro. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt że dość regularnie zasilam swą kieszeń w ten sposób. Od listopada 2004, kiedy to pojawiłem się w tym miejscu, podjąłem z ulicy lub chodnika lub innego publicznego miejsca około 100 euro. Ktoś by mógł powiedzieć, że grosze - ale w tym samym okresie moja dziewcyna podniosła około 150, w tym raz na jeden strzał 100. Zdecydowanym recydywistą jest nasz kolega Krzyś, który chlubi się wynikiem zbliżonym do 200, plus kilka złotych świecidełek typu kolczyki i krzyżyki. Inni mają słabsze wyniki, ale mają. I nie chodzimy z nosami wbitymi w trotuary, ale i tak znajdujemy. Wniosek jest taki, że kasa jleży na ulicy i wystarczy się po nią schylić – rozpoczyna dyskusję mężczyzna o pseudonimie „Miki”, z hrabstwa Cork.

 

50 w piątek, 50 w poniedziałek

37-letnia Pink z Dublina potwierdza, że regularnie zbiera z ulic bilon.

- Calkiem niedawno znalazłam 35 euro w centrum miasta. A takich od jednego poprzez 2 i 5,10 i 20 centów to nazbierałam pół beczułki po pięciolitrowym piwie. Niestety, monety pięćdziesięciocentowe nie wchodzą przez otwór wlotowy beczułki i muszę rozmieniać.

El2006” też chwali się łupem i opisuje szczęście kolegi.

 - Raz znalazłam w piątek 50 euro i w poniedziałek tyle samo. Kiedyś też 10 euro, raz 35 euro zwinięte i dużo drobniaków. Mój kolega w 2007 roku znalazł kopertę przed posesją jednego z domów. Przez okienko adresowe widać było 50 euro. Gdy wróciliśmy do domu, okazało się, że w kopercie jest 2000 euro podjęte chyba świeżo z banku, bo było jeszcze w banderoli Bank of Ireland....

Null” narzeka, że kiedyś było lepiej.

 - Ostatnio praktycznie nic nie leży na ulicach, chyba że 5, 1, 2 centy czasami jakies 10 , 20. Moje większe znalezisko w ostatnich czasach to chyba z 5 miesięcy temu 5 euro. Jakoś od początku tego roku nic nie znajduję powyżej 20 cenótow. Najwięcej na raz to pod bankomatem w centrum na O'Connell Street - 40 euro, a tak to różnie bywało: 20, 10, 5, ale najwięcej „piątek”.

Człowiek z liściem na głowie” żałował, że oddał większe znalezisko. Jego uczciwość opłaciła się jednak i pieniądze do niego wróciły.

- Znalazłem kiedys 600 euro na ulicy koło banku i postanowiłem je oddać. W banku wezwali policję i się trochę przestraszyłem. Ale tylko zapisali sobie moje imię i numer telefonu. Po dwóch tygodniach zadzwonił ktoś z banku, że nikt się nie zgłosił i że pieniadze należą do mnie. Od gardy również przyszedł sms o tej samej treści. Jako, że był to również mój bank, panienka zapytała się, czy wpłacić mi je na konto, ja na to że i owszem, poproszę. Potem sprawdziłem stan konta i rzeczywiście – stałem się bogatszy o 600 euro.

 

Banknoty na wietrze

Bohdan Kaźmierski, mimo prawie siedemdziesiątki na karku pognał dwa miesiące temu jak na skrzydłach ze spaceru z wnuczką. Znalazł sto euro w dwudziestkach.

- Od trzech lat przyjeżdżam regularnie do Irlandii pomagać córce przy dzieciach. Zawsze zbierałem drobne na ulicy. Przez miesiąc mogło się z tego zebrać z dziesięć euro. Ale kiedyś przechodziłem koło Tesco Express na Inchocore (Dublin 8) i zobaczyłem, że wiatr rozwiewa jakieś papierki – wydały mi się znajome. Zostawiłem wózek i zacząłem je gonić. Wózek mi zaczął odjeżdżać, a jeszcze jakiś facet zobaczył co się dzieje i też zaczął zbierać, ale i tak stówę uzbierałem – mówi z dumą.

Kaźmierskiego nie opuszczało szczęście - w kilka tygodni po tym zauważył 20 euro na siedzeniu tramwaju. Dostęp do niego broniła pupa Irlandki. Ale na szczęście zaczęła się szykować do wyjścia.

- Córka patrzy, co robię, a ja zamiast wysiadać na naszym przystanku, cofam się. Przeczekałem, aż kobieta wstanie i złapałem banknot – mówi zadowolony. - Ja zawsze coś znajduję, ale to trzeba szukać, tak jak ja. Chodzę powoli, z nogi na nogę i rozglądam się.

Duże znaleziska zdażają się w każdym kraju. W lutym tego roku pewien Rosjanin znalazł na drodze worek zawierający ponad 3,5 mln rubli (ok. 87 tys. euro), który wypadł z furgonetki pocztowej w obwodzie wołogdzkim na północnym zachodzie kraju, i - ku wielkiej radości poczty - pieniądze zwrócił - poinformowały agencje. W worku były pieniądze na wypłatę emerytur, rent, zasiłków, a także pocztowe przekazy pieniężne - poinformował przedstawiciel Poczty Rosyjskiej w Wołogdzie. Uczciwego znalazcę Poczta Rosji postanowiła wynagrodzić darmową roczną prenumeratą dziesięciu wybranych periodyków.

W jednym z japońskim miast, z kolei, w 2006 roku, na trawniku znaleziono porzucone trzy miliony jenów - równowartość siedemdziesięciu sześciu tysięcy złotych. Na torbę zawierajacą gotówkę natknłęi się japońscy wolontariusze zbierając śmieci. Znalezisko przekazali policji. Pół roku wcześniej zaś, na jednym ze śmietników znaleziono pięć milionów jenów. Kilka miesięcy wcześniej, pracownik firmy oczyszczającej miasto podczas segregowania śmieci natknął się z kolei na 31 milionów jenów, czyli równowartość prawie 800 tysięcy złotych.

 

 

I w Polsce zdarzają się duże znaleziska. W ubiegłym roku do prawowitych właścicieli trafiło w samym województwie warmińsko-mazurskim 6, 15 i 27 tysięcy złotych, a na koniec laptop.Portfel z zawartością 15 tys. zł trafił z powrotem do rąk właścicielki, bo uczciwa znalazczyni od razu odniosła go na komendę.

Panowie, na dworcu PKP w Olsztynie znalazłam portfel – z taką informacją mieszkanka powiatu bartoszyckiego zgłosiła się do oficera dyżurnego policji. W dziecięcym piórniku przypominającym portfel oprócz pieniędzy były dokumenty. Funkcjonariusze ustalili, że właścicielka zguby mieszka we Wrocławiu.

I skontaktowali się z kolegami z Dolnego Śląska, którzy pojechali pod wskazany adres. Drzwi otworzyła im 68-letnia kobieta, która potwierdziła, że w środę w Olsztynie zgubiła portfel, w którym miała ponad 15 tys. zł. Na wieść o tym, że znalazca portfela odniósł go na policję wraz z pieniędzmi i dokumentami wrocławianka zemdlała. Zanim trafiła do karetki, zdążyła powiedzieć, że nie wierzyła w odzyskanie oszczędności.

Zaledwie dwa dni później, tym razem w Szczytnie, na policję zgłosił się mężczyzna, który znalazł torebkę z 27 tysiącami złotych. Właścicielka zgubiła swoje oszczędności, jadąc rowerem. I ona miała szczęście – swoją zgubę mogła odebrać już po godzinie od zgłoszenia sprawy policji.

W Lubartowie pod Lublinem Tomek Bartkiewicz (20 l.) i Michał Oniszczuk (20 l.) znaleźli kilkadziesiąt tysięcy złotych. Niespodziewanie na środku ruchliwego chodnika natknęli się na sporą paczuszkę. – Ludzie to omijali. A my postanowiliśmy podnieść. Zajrzeliśmy do środka i przeżyliśmy szok – mówią młodzi znalazcy. – Wewnątrz była fortuna! Było to kilkanaście tysięcy złotych. Tomek i Michał chwilę postali i rozglądali się. Mieli nadzieję, że za chwilę zjawi się roztargniony właściciel. Ale mijały minuty i nic się nie działo. Postanowili pójść na policję. – Uznaliśmy, że tak będzie najlepiej. Jakbym to ja zgubił, bardzo chciałbym to odzyskać – mówi Michał.

Kiedy młodzieńcy pokazali co znaleźli, wywołali spore zamieszanie. Policjanci, widząc banknoty, przecierali oczy ze zdumienia. – Dużo tego było. Nie mogę zdradzić ile, bo to musi nam dokładnie wyjaśnić właściciel. Gdybym wymienił konkretną sumę, pojawiłoby się wielu chętnych do jej odebrania – mówi nadkomisarz Artur Marczuk, oficer prasowy policji w Lubartowie. Pieniądze będą czekać na odbiór przez dwa lata. Potem przejdą na skarb państwa. Dopiero wtedy Tomek i Michał dostaną 10 procent znaleźnego – podaje „Fakt”.

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

czwartek, 19 października 2017

Licznik odwiedzin:  83 404  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Od 2005 roku, czyli właściwie początków boomu imigracyjnego w Irlandii, pracuję w różnych polskich gazetach w Dublinie. Cały czas na bieżąco śledzę życie Polonii. Zapraszam do zapoznania się z nim.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 83404

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl