Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 837 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zwłoki Polaka znalezione w kanale

środa, 24 sierpnia 2011 22:33

 

 

Robert Stobiecki z rodzicami

 

„Proszę czytelników Gazety Polskiej o pomoc w wyjaśnieniu zagadki śmierci mojego brata” - mówi Marek Stobiecki (45 lat) z Dublina. W poniedziałek, 14.08, znaleziono jego brata, Roberta, w kanale przepływającym przez Athy, hrabstwo Kildare.  

Robert Stobiecki był kierowcą. Przyjechał do Irlandii w 2001 roku. Większość czasu pracował na samochodach ciężarowych, w lokalnej firmie Dunne’s Haulage Timolin Ltd.

Jego ciało znaleziono o 8 rano w poniedziałek w kanale nieopodal mostu. Zaalarmowana przez przechodniów policja i pogotowie wydobyły ciało z wody. Zwłoki zostały przewiezione do Naas Hospital – o około 9.30. We wtorek została przeprowadzona sekcja zwłok; jej wyniki mają być znane w tym tygodniu.

- Gdy go znaleziono, nie miał przy sobie komórki, a portfel był pusty. Miał zaciśnięte pięści, a ręce zgięte w łokciach i przyciśnięte do ciała – jakby się przed kimś bronił - mówi M. Stobiecki, który jest przekonany, że śmierć brata nie była przypadkowa.

Pan Robert mieszkał w Irlandii od dziesięciu lat. Początkowo pracował przy torze wyścigowym Jessiki Harrington – około 2-3 lat. Następnie poznał braci Dunne, którzy prowadzili firmę transportową.

- W tamtym czasie, w szczycie boomu gospodarczego, było trudno o kierowców – wspomina Mick Dunne. - Mój brat, Declan, powiedział do mnie: „Ciekawe, czy Robert mógłby prowadzić ciężarówkę”. Pewnego dnia, nasz brat Anthony dał mu pojeździć vanem. Robert świetnie prowadził i zdecydowaliśmy dać mu szansę na ciężarówkach. Wysłaliśmy go do Baltinglass z ładunkiem sztucznego nawozu. Wrócił cały mokry ze strachu, ale wykonał pracę bardzo dobrze i przyjęliśmy go.

Stobiecki jeździł dla firmy około 7 – 8 lat. W 2007 roku, ze względu na recesję, został zwolniony. Gdy w przedsiębiorstwie poprawiło się, został zatrudniony znowu, tym razem na pół etatu.

45-latek miał w Kędzierzynie-Koźlu (opolskie) żonę, nauczycielkę i córkę (dziś 22 lata, mieszka w Londynie). Po trzech latach dołączył do niego starszy brat, Marek. Przez jakiś czas mieszkali razem w Timolin, wiosce przy trasie N9. Pracowali w jednej firmie. Gdy nastała recesja, Marek stracił pracę i wyjechał w poszukiwaniu zatrudnienia do Dublina. Robert przeniósł się natomiast do Athy.

 

Dusza towarzystwa

W Athy mieszka około 200 Polaków i jak twierdzi kolega zmarłego, Marcin, bodaj wszyscy znali 45-latka.

- Był prawdziwą duszą towarzystwa. To był taki człowiek, z którym zamieni się dwa słowa, a czuje się, jakby się go znało od lat. Był otwarty, szczery, nie skrzywdziłby muchy. Jego wszyscy znali i chyba wszyscy lubili. Nigdy nie miał dołków, gorszych dni. Pisał wiersze, wielu znajomych ma zapisane od niego poetyckie sms-y – wspomina Marcin.

  W miasteczku aż wre od plotek. Mieszkańcy zastanawiają się, co mogło być przyczyną śmierci. Nie da się ukryć faktu, że gdy był widziany ostatni raz przez znajomych - w niedzielę wieczorem - był pod wpływem alkoholu. Znajomi przyznają, że lubił wypić.

- W niedzielę widziało go i rozmawiało z nim wielu ludzi. Dzwonił przez skype'a do mamy, umawiał się, że odezwie się jeszcze w poniedziałek, z życzeniami imieninowymi. Rozmawiał przez internet też ze mną. Przyszedł też do niego kolega, Krzysztof – mówi brat zmarłego.

  Pan Krzysztof jeszcze nie otrząsnął się z szoku spowodowanego śmiercią bliskiego kolegi.

- Znałem go od 2006 roku, odkąd tu przyjechałem. Widywaliśmy się bardzo często. Jestem od dwóch lat na zasiłku chorobowym, w domu mi się nudzi, więc wieczorami wpadałem do niego – o ile kończył o zwykłej porze, czyli przed ósmą. W niedzielę też do niego przyszedłem, około godziny 18 – 18.30. Był trochę podpity. Przy mnie zadzwonił do szefa, żeby zapytać czy ma przyjść nazajutrz do pracy. Nie chciałem mu przeszkadzać, bo wiedziałem, że miał gotować, naszykował już mięso. Odkładał to gotowanie od soboty, dzwonił nawet do kolegi, żeby zapytać jak się robi steki. Pożegnałem się więc i wyszedłem. Nie miałem pojęcia, że widzę go ostatni raz. Jego śmierć mną wstrząsnęła, nie mogę sobie z tym poradzić. To był taki dobry człowiek.

Bliscy zmarłego zastanawiają się, dokąd mógł pójśc w niedzielę wieczorem. Jego ciało znaleziono w odległości około 10 minut piechotą od miejsca zamieszkania.

- To był domator, trudno go było w weekend z domu wyciągnąć. Tym bardziej, jak wypił, nie chciał, żeby go ktoś w takim stanie oglądał. Często zapraszał do siebie gości, chętnie coś dla nas pichcił, ale jak trzeba było iść na przykład do sklepu, to najczęściej wysyłał mnie. Nie mogę pić ze względu na zdrowie, więc załatwiałem sprawunki – wspomina pan Krzysztof.

Marek Stobiecki również podkreśla, że brat niechętnie wychodził z domu.

- Znajomi najczęściej przychodzili do niego – wynajmował niewielki apartament – albo on kogoś odwiedzał. Nie chodził po pubach - mówi.

 

Wyszedł na chwilę...

Co ciekawe, w niedzielę wyraźnie szykował się na imprezę. Zachęcał Marcina, żeby z nim poszedł. Marcin był ostatnią osobą, która miała kontakt z Robertem.

- O 19.44 dostałem od niego smsa. Mówił, że tylko się ogoli i wychodzi do kogoś na imprezę – relacjonuje kolega zmarłego. - Zapraszał mnie, ale nie zdecydowałem się na wyjście.

Poszlaki wskazują jednak na to, że mężyczyzna nie zamierzał wyjść na długo. W kuchni zostawił warzywa i mięso, rozstawione garnki, oraz włączonego laptopa. Takie mieszkanie zastał na drugi dzień brat.

- O dziesiątej rano w poniedziałek zadzwonił do mnie Dunne. Znałem go dobrze, bo przez cztery lata dla niego pracowałem – w warsztacie. Powiedział, że Robert miał wypadek, a potem, że znaleziono go martwego, pływającego w kanale. Nie mogłem w to uwierzyć, od razu zadzwoniłem do Roberta, ale włączyła się sekretarka. Od razu pojechałem do Athy. Policja już wydobyła jego ciało – przewieźli go do Naas. Tam go zobaczyłem, był spuchnięty, na nosie i na czole miał ślady, jakby od uderzenia.

Stobiecki nie jest zadowolony z pracy policji. Przy denacie nie znaleziono telefonu, ale nikt ponoć nie zadał sobie trudu, żeby go odszukać. Nie sprawdzono nagrań monitoringu z pubu, w pobliżu którego znaleziono ciało. Stobiecki razem z Declanem Dunnem przeszukali we wtorek po południu dno kanału. Znaleźli klapki Roberta i monety.

- Jak to możliwe, że policja ich nie znalazła? Nie przeszukali okolicy? W głowie mi się to nie mieści. Rzuciłem te klapki na stół policjanta, ale nie przejął się tym w ogóle – denerwuje się mężczyzna. - Tłumaczą się, że czekają na wyniki skecji i wtedy ewentualnie podejmą działania. Ale do tego czasu wszystkie ślady bedą już zatarte.

Zdaniem Stobieckiego, Robert mógł zostać napadnięty. Świadczą o tym rany na twarzy, brak telefonu i fakt, że portfel, który przy nim znaleziono, był pusty. Znajomi zmarłego skłaniają się raczej do teorii policji, że był to nieszczęśliwy wypadek.

 

Ostatnia rozmowa

- Robert był wielkim facetem, miał jakieś 180 centymetrów wzrostu i ważył ze 130 kilo. Mogło tak być, że podpity stoczył się do kanału i nie był w stanie wyjść. Tam jest dość wysoki brzeg – półtora metra – mówi jeden z nich. - Wątpię, żeby zrobił to jakiś jego wróg, on wrogów nie miał.

Declan Dunne potwierdza, że Robert był spokojnym człowiekiem.

- Znaliśmy się od około dziesięciu lat. To był wielki mężczyzna, ale nie skrzywdziłby nawet muchy. Można było na nim polegać. Mógłbyś go poprosić w piątek wieczorem, żeby poszedł z tobą na księżyc i by poszedł.

Michael Dunne wspomina, że ostatnio rozmawił ze swoim pracownikiem w niedzielę wieczorem.

- Zapytał, czy jest dla niego praca w poniedziałek. Powiedziałem, że nie, a on na to, że w takim razie pojedzie do kolegi w Longford i wróci tak, aby we wtorek stawić się rano w pracy. Nie myślałem o tej rozmowie az do 8.15 w poniedziałek, kiedy otrzymałem telefon z policji – informuje. - Jesteśmy zdruzgotani, byliśmy z nim jak rodzina. Był to prezmiły facet i świetny kierowca. Znał każdy zakątek Irlandii. Lubił śpiew i tradycyjną irlandzką muzykę. Praca z nim była przyjemnością, będzie nam go brakować.

W czwartek przyjechała do Irlandii żona zmarłego. Pogrzeb odbędzie się w Polsce. Ciało najprawdopodobniej zostanie skremowane.

 

 

 

Marek Stobiecki apeluje do wszystkich, którzy wiedzą cokolwiek na temat tego, co robił Robert między godziną 19.44 w niedzielę 14 sierpnia a 8.00 rano w poniedziałek 15 sierpnia o kontakt pod numerem telefonu 0857459029. Mężczyzna był ubrany koszulę, spodnie i czapkę z daszkiem. Był tęgiej budowy ciała, miał jasne włosy i charakterystyczny kucyk.

 

 

Ostatnia wiadomość od Roberta Stobieckiego z godziny 19.44 w niedzielę była bardzo tajemnicza:

Żałuj, ze nie było cię, była elita tego miasta, burmistrz i jego zastępca. Mogłeś poprawić koneksje a i przyszłość niepewną? Idziesz na imprezę do władnych tego miasta? Pospiesz się, wychodzę jak się ogolę czyli za 5 min. (…) Baw się dobrze, pracuj jutro. A ja nie, idę do humanistów”


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Podwodne cmenatrzyska i skarbce

środa, 24 sierpnia 2011 10:54

 

 

Irlandia jest małym krajem, jednak posiada ogromną przestrzeń morską – 850 tysięcy kilometrów kwadratowych. Patrząc na piękne wody zwykle nie myślimy o tym, że tak naprawdę to wielkie cmentarzysko. U wybrzeży Szmaragdowej Wyspy spoczywa około 15 tysięcy różnych wraków. Zatopione na przestrzeni wieków statki stały się grobem dla wielu żeglarzy i skarbcem kryjącym bogactwa, dzięki którym na wyspie stoi niejedno domostwo. Dziś rozpalają wyobraźnię rybaków, płetwonurków i badaczy wraków. Mniej odważni mogą się zadowolić wrakami porzuconymi na brzegu morza.

 

Nieżywe statki

O tej części krajobrazu wyspy pięknie pisze na swoim blogu Piotr Sobociński, masażysta z zawodu, a z zamiłowania turysta. Od kilku lat zwiedza Irlandię poszukując niezapomnianych widoków i historycznych śladów.

Najpiękniejsze miejsca fotografuje i umieszcza w internetowym pamiętniku.

- Irlandzkie wraki tworzą niesamowity klimat. Są dla mnie częścią irlandzkiego wybrzeża, częścią historii i krajobrazu, opowieścią o dawnych czasach, ludziach i ich pracy. Bezkresna piaszczysta plaża w Baltray podczas gigantycznego odpływu, ktoś tu szaleje quadem, obok jakiś kitesurfer, ludzie z psami, dziećmi i biegacze, a pośrodku tego wszystkiego pęknięty na pół rdzewiejący kadłub starego olbrzymiego statku – mówi. - Wraki, nieżywe statki. Dawniej były dumnymi okrętami przewożącymi ludzi, ryby, towary. Z gotową na wszystko załogą, z nieustraszonymi kapitanami. Pokonujące szalejący ocean, zdradliwe mielizny i fale przyboju. Zatopione w końcu przez żywioły silniejsze od człowieka. Porzucone na pastwę morskiego wiatru, piasku i słonej wody.

Wybrzeża Irlandii stały się grobowcem dla wielu statków i ludzi.

- Od najdawniejszych czasów próbowali tu przybyć różni najeźdźcy z wielu stron świata, w XVI wieku rozbiła się tu wielka Hiszpańska Armada wracająca z podboju Anglii, podczas I wojny niemiecki U-Boot posłał na dno prawie 1200 pasażerów transatlantyku RMS Lusitania, wreszcie znalazłoby się kilka samych U-botów wraz z załogą. No i nie zapominam o zwykłych irlandzkich rybakach, którzy pewnego dnia po prostu nie wracali już z pracy. Wraki warto jest fotografować, bo jak wszystko inne - dość szybko przemijają.

Porzucone statki rozbudzają wyobraźnię poszukiwaczy przygód. Piotr Wytykowski z Łodzi, pseudonim „Generał” każdy urlop spędza na nurkowaniu do wraków. W sierpniu ubiegłego roku obrał z przyjaciółmi kurs na Irlandię. Pragnęli zanurkować do niemieckiego U-Boota U-260. Z centrum Polski wyruszyli autostradą (prawie 1600 kilometrów) do francuskiego portu LeHavre (prawie doba jazdy). Tu zaokrętowali się na prom do Rosslare. Po 24 godzinach na morzu dotarli do brzegów Irlandii. Stąd dzieliło ich już tylko 4 godziny drogi do nadmorskiego miasteczka Baltimore. Tutaj, pod przewodnictwem właściciela lokalnej bazy, nurkowali na 300-metrowym drobnicowcu Kowlon Bridge. W oczekiwaniu na dobrą pogodę, ekipa z Polski nurkowała z fokami.

 

Tajemnice Neptuna

Wreszcie nadszedł dzień, w którym mieli zejść 45 metrów pod wodę, do niemieckiej łodzi podwodnej.

„Na początku była kiepska widoczność, ale na czterdziestu metrach łaskawy Neptun odsłania nam w pełnej okazałości wspaniale zachowanego niemieckiego u-boota klasy VIIC. Nasz U-260 leży pod kątem 45 stopni na bakburcie, naszą eksploracje rozpoczęliśmy od kiosku, który jak cały okręt jest doskonale zachowany” - relacjonuje „Generał”. „Otwarty główny właz wygląda tak jakby dopiero co opuścili go członkowie załogi. Widać przez niego wąskie przejście do środka okrętu i dużo porozrzucanych rzeczy - w tym bojową lornetkę, którą kapitan używał do ataku nawodnego, dostępną prawie na wyciągniecie ręki. Widoczne również antena i szklane oko peryskopu robią naprawdę duże wrażenie. Opuszczając kiosk płyniemy w stronę rufy, na boku zbiorniki balastowe, z drewnianego pokładu niestety nic już nie zostało, ale i tak kształt szkieletu wygląda imponująco. Docieramy do samego koniuszka rufy, opływając go w kierunku śrub i rufowych sterów głębokości, dla kogoś kto czuje wraki widok jest bajeczny. W takich chwilach człowiek żałuje, że nie jest rybą i nie może spenetrować takiego miejsca centymetr po centymetrze. Mogę śmiało teraz powiedzieć, że było to jedno z najlepszych nurkowań w moim życiu i nawet tylko dla tego nurka warto było tłuc się taki kawał świata.”

Ekipa postanowiła następnego dnia ponowić penetrację statku.

„Tym razem płyniemy w stronę dziobu, mijamy otwory wentylacyjne na burcie oraz dwa włazy - jeden do ładowania torped, drugi dla załogi i docieramy do dziobu. Ten niestety nie jest już w tak dobrym stanie, ponieważ podczas tonięcia został zniszczony uderzeniem o morskie dno. Powyginane blachy poszycia odsłoniły wyrzutnie torpedowe z których do polowy długości wysunęły się dwie torpedy. Leżą na dnie jakby za chwilę miały popłynąć w poszukiwaniu swojego celu. Wrażenie jest niesamowite, tym bardziej, że są one wypełnione ponad dwustoma kilogramami materiału wybuchowego. Dreszczyk emocji...”

Morskie głębiny tym bardziej pobudzają wyobraźnię, iż jest w nich jeszcze wiele nieodkrytych tajemnic. W listopadzie ubiegłego roku nurkowie w Cork odkryli wrak U-Boota z pierwszej wojny światowej. Cała 27 osobowa załoga UC42 zginęła, gdy okręt podwodny zatonął u wejścia do zatoki Cork 10 września 1917 roku. Poszukiwania wraku trwały 12 miesięcy, a podjął się ich zespół pięciu lokalnych nurków amatorów. Odnaleziona łódź była swietnie zachowana. Jeden z członków ekipy, Ian Kelleher, powiedział iż byli bardzo podekscytowani, że udało im się odnaleźć łódź tylko z niewielkimi udzkodzeniami od wybuchów. Grupa umieściła w pobliżu śrub tablicę upamiętniającą 27 Niemców którzy tam zginęli.

Historia Wolfe'a

28 czerwca bieżącego roku z kolei, irlandzkie media przekazały wiadomość o odnalezieniu wraku należącego do RAF-u Spitfire'a, który 30 listopada 1941 r. w wyniku awarii silnika uderzył i wbił się głęboko w zbocze miejscowego wzgórza. Maszynę pilotował Roland „Bud” Wolfe, Amerykanin. Feralnego dnia patrolował wybrzeże, gdy silnik samolotu zaczął się przegrzewać i tracić moc. Lotnik zdołał wyskoczyć ze spadochronem przed zderzeniem myśliwca z ziemią. Po wylądowaniu, Wolfe został zatrzymany i następnie przetrzymywany przez członków Irlandzkiej Armii, która w czasie II Wojny Światowej pozostawała neutralna. 13 grudnia 1941 r. pilot zdołał jednak zbiec.

Po 70 latach wrak został wydobyty, dzięki inicjatywie historyków lotnictwa i archeologów. Z miejsca katastrofy wydobyto m.in. pokładowe karabiny maszynowe Browning 0,303, silnik Rolls Royce Merlin, śmigło oraz kask Wolfe’a z jego inicjałami w środku. Wszystkie te elementy zostaną przekazane Tower Museum w Derry. W przedsięwzięciu uczestniczyła telewizja BBC, która na podstawie tej historii ma zamiar nakręcić film dokumentalny.

Jeszcze kilka lat temu dane dotyczące wraków w irlandzkich wodach były mocno fragmentaryczne i mylące. W 2006 roku Geological Survey of Ireland (GSI) and the National Monuments Service (NMS) wdrożyły projekt zebrania wszelkich dostępnych informacji oraz wygenerowania nowych danych – zakończył się on wielkim sukcesem. Badacze użyli najnowszej techniki - fotografii sonarowej - do stworzenia trójwymiarowych zdjęć słynnych wraków, takich jak na przykład Lusitania. Dzięki prgramowi zwiększono liczbę danych ze 140 do 246. Ponad 70 z nich nie było dotąd odkrytych.

- Wraki rozpalają wyobraźnię nurków i nie tylko. Wiąże się z nimi dramatyczna walka na śmierć i życie, która rozzegrała się w irlandzkich wodach podczas dwóch światowych wojen. Pozostały po nich wraki niemieckich U-Bootów i statków brytyjskiej marynarki. Wcześniej też oczywiście tonęły statyki, na przykład Armady Hiszpańskiej, jednak te wykonane były z drewna i po takim czasie trudno odnaleźc jakieś szczątki. Najstarszym znanym wrakiem w irlandzkich wodach jest Queen Victoria, która zatonęła podczas sztormu na Howth w 1853 roku. Była to drewniania łódź – dziś pozostały po niej tylko metalowe kotły – mówi jeden z badaczy.

Projekt rozpoznania i zlokalizowania wraków był interesujący nie tylko dla nurków, czy osób zainteresowanych historią marynarki, lecz także i dla innych grup – na przykład rybaków. Wraki stanowią bowiem zagrożenie dla kutrów, których sieci mogą o nie zahaczać. Biolodzy morscy, z kolei, mają możliwośc badania mikroorganizmów egzystująych wokół wraków.

 

 

 

 

Najbardziej znane wraki w irlandzkich wodach:

 

Lusitania

Najsłynniejszym wrakiem w irlandzkich wodach jest pasażerski parowiec Lusitania, który zatonął u wybrzeży Cobh, po tym jak został zaatakowany przez niemiecki okręt podowdny U-20 (w roku 1915). Wokół tego zdarzenia narosło wiele teorii spiskowych, a to dlatego, że stało się ono punktem zwrotnym w I Wojnie Światowej. Przyczyniło się bowiem do włączenia się do wojny USA. Łódź była w drodze z Nowego Jorku do Liverpoolu. Po stropedowaniu przez U-Boota zginęło na niej około 1,200 osób.

 

Leinster

Statek należący do Poczty Królewskiej, wybudowany w 1896 roku. Został storpedowany i zatopiony około 25 kilometrów na wschód od Dublina, gdy przekraczał Morze Irlandzkie między Dublinem a Holyhead. Zatonięcie to jest uważane za jedną z największych irlandzkich katastrof morskich. Po tym jak jednostka została kilka razy storpedowana, pojawiła się szansa doholowania go z powrotem do Dublina. Ze stolicy wyruszyły na pomoc brytyjskie okręty, jednak Niemcy otrzymali dobry wiatr i zaatakowali ponownie. Łódź została pochłonięta przez morze niedaleko Dublina, gdzie spoczywa do dziś.

 

Queen Victoria

Najstarszy statek w bazie danych. Wybudowany w 1837 roku, zatonął podczas burzy śnieżnej nieopodal latarni morskiej na Howth Head w 1853. Łódź płynęła z Liverpoolu do Dublina. Na pokładzie było 112 osób oraz towary. Katastrofę przeżyło 40 ludzi.

 

Curacoa

W 1942 roku Curacoa znajdowała się w konwoju eskortującym Queen Mary, gdy podjęto decyzję o pościgu za zauważonym w pobliżu U-Bootem. Niefortunnie statek znalazł się na kursie Queen Mary i został przez nią przecięty na pół. QM nie zatrzymała się, by ratować tonących – była zbyt zajęta uciekaniem przed potencjalnym atakiem. Statek płynął zygzakami, myląc przeciwnika. Curacoa spoczywa na północny zachód od Bloody Foreland w Donegal. Dwie części maszyny leżą na dnie, około 500 metrów od siebie.

 

Athenia

Pierwsze ofiary II Wojny Światowej zginęły nie w Polsce, lecz około 380 kilometrów dalej na zachód, u zachodnich wybrzeży Irlandii, kiedy zatopiona została Athenia, duży pasażerski liniowiec. Do tragedii doszło 3 września 1939 roku, kiedy tylko Angli i Francja przystąpiły do wojny z Niemcami. Athenia została pomylona z uzbrojonym handlowym krążownikiem i storpedowana przez U-30. Z katastrofy uratowało się wiele osób.

 

Niemieckie U-Booty

Irlandia była w czasie wojny neutralna, jednak jej przestrzenie morskie były sceną walk między niemieckimi U-Bootami a Marynarką Brytyjską. Kto tę batalię zwyciężył można stwierdzić po fakcie, że na dnie irlandzkich wód spoczywa do 40 łodzi podowdnych. Na północnym wybrzeżu znajduje się skupisko U-Bootów, ofiar Operacji Deadlight - akcji niszczenia niemieckich okrętów podwodnych, które po kapitulacji Niemiec w II wojnie światowej dostały się w ręce Aliantów. 115 spośród około 150 zdobytych okrętów podwodnych zostało zatopionych na przełomie 1945 i 1946 roku w pobliżu północnoirlandzkiego portu Lisahally i w szkockiej Loch Ryan. Ostatnim zatopionym okrętem był U-3514; miało to miejsce 12 lutego 1946 roku. W operacji brały udział m.in. polskie niszczyciele: OORP „Garland”, „Piorun” i „Błyskawica”.

 

 

 

Ciekawe linki:

www.irishwrecksonline.net

www.uboat.net.

http://pendragon.blog.onet.pl

www.piotrkucma.pl/index.php

http://www.wyprawywrakowe.pl/

Szkoła Nurkowania Karp, Dun Laoghaire, info@divingandsailing.eu

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Możesz odczarować Alicję

wtorek, 23 sierpnia 2011 11:18

„Przyszłam na świat 28 kwietnia 2009 roku. Mama przytuliła mnie do siebie, a tato zrobił mi mnóstwo zdjęć. Byliśmy wszyscy bardzo szczęśliwi.Rodzice tak się cieszyli, że nawet nie zauważyli mojej zniekształconej prawej nóżki. Powiedział im o tym pan doktor. Powiedział też, że za cicho płaczę, nie mam odruchu ssania, mam zamknięte oczko i zniekształcone uszko. Że to wszystko może znaczyć, że jestem bardzo chora. Po chwili zabrano mnie od mamy, żeby zrobić mi dużo badań. Pamiętam, jak rodzice płakali. Ja też płakałam, bo zostałam sama, a wbijanie igieł bardzo mnie bolało.”

 

Walka o życie

Dzień, który miał być jednym z najszczęśliwszych w życiu młodego małżeństwa z Cork okazał się jednocześnie początkiem prawdziwej gehenny. Od pierwszych chwil, gdy po długim i ciężkim porodzie na świat przyszła Alicja, rodzice zostali zalani serią informacji o chorobach, z których nawet z jedną trudno byłoby sobie poradzić. Szanse na przeżycie maleństwa były niewielkie, ale walka jej i rodziców dała efekty. Mimo to każdy dzień jest dla nich małą bitwą.

Alicja Nowicka dziś ma 2 latka. Cierpi na co najmniej 14 różnych chorób genetycznych, z których najpoważniejsza jest ta zwana zespół charge (bardzo rzadki zespół chorób, objawiający się upośledzeniem wielu narządów.). Dotyka on zaledwie jednego na 10,000 niemowląt. Dziewczyna nie słyszy, jest niemal ślepa, nie potrafi przeyłkać, ma problemy z oddychaniem i sercem. Ponadto ma zdeformowaną nóżkę.

Historia Ali zaczyna się wiele lat temu. Jej rodzice, Anna i Radosław Nowiccy, poznali się we Wrocławiu. Ich pierwsze wspólne zdjęcie, z 1995 roku, przedstawia parę beztroskich nastolatków na imprezie sylwestrowej. Oboje bardzo lubili razem podróżować. Odwiedzili wiele ciekawych zakątków świata. W lipcu 2008 roku pobrali się, w poróż poślubną wybrali się do Indonezji. Niedługo po powrocie do Wrocławia dowiedzieli się, że Ania jest wciąży i urodzi na wiosnę.

- Byliśmy bardzo szczęśliwi.W październiku, na badaniu USG usłyszeliśmy bijące serduszko, a w grudniu dowiedzieliśmy się, że będzie dziewczynka – wspominają. - Lekarze zapewniali nas, że dziekco jest zdrowe, jeden lekarz napisał nawet w karcie, że kończyny są w normie.

„W brzuszku u mamy byłam bardzo szczęśliwa. Rodzice często mnie głaskali, mówili do mnie i śpiewali mi piosenki. Chodziłam z mamą na basen i na długie spacery, jeździłam na wycieczki nad morze i w góry. Często odwiedzałyśmy pana doktora, który mnie badał i mówił, że jestem śliczną, zdrową dziewczynką. Rodzice bardzo się cieszyli, że już niedługo mnie zobaczą. Dziadkowie kupowali mi mnóstwo prezentów.” - na swoim blogu, www.alicja-nowicka.blog.onet.pl, piszą z punktu widzenia córki. ”Miałam urodzić się 18 kwietnia, ale z mamą było mi bardzo dobrze i nie spieszyło mi się do wyjścia. Czekając na mnie, rodzice przygotowali mi pokoik, w którym czekało łóżeczko, kosmetyki, ubranka i zabawki. 27 kwietnia lekarze postanowili pomóc mi wyjść na świat. Rodziłam się przez wiele godzin, było bardzo ciężko, spadło mi tętno i pan doktor musiał wyciągnąć mnie specjalnymi kleszczami. Ale udało się! Przyszłam na świat 28 kwietnia o godzinie 21.01. Mama przytuliła mnie do siebie, a tato zrobił mi mnóstwo zdjęć. Byliśmy wszyscy bardzo szczęśliwi.”

 

Noce bez mamy

Dzień po porodzie lekarz odbył poważną rozmowę ze świeżo upiecoznymi rodzicami. Poinformował ich, że dziecko może nie widzieć, nie słyszeć, nie chodzić, nie jeść. Że może mieć problemy z serduszkiem i z oddychaniem. Że jej mózg może nie funkcjonować prawidłowo. Ala z dnia na dzień była coraz słabsza. Kiedy miała trzy tygodnie, przeszła operację serca. Zabieg się udał. Dziewczynka nadal przebywała w spzitalu, gdzie przeszła kolejną serię badań. Rodzice mogli być przy niej w ograniczonym czasie. Maleństwo spedziło w lecznicy wiele samotnych nocy. Anna ściągała sobie pokarm, którym pielegniarka karmiła niemowlę poprzez specjalną rurkę – przez noc do żołądka. Po kilku tygodniach od operacji Ala nabrała na tyle sił, by ruszać rączkami i nóżkami, ssać smoczek i ściskać palce rodziców. Pielęgniarki nauczyły Nowickich, jak karmić przez sondę.

- Rurkę musieliśmy wkładać po kilka razy dziennie. Nie było to łatwe, bardzo się baliśmy, żeby nie zrobić jej krzywdy. Zdarzało się, że sonda zamiast do żołądka trafiała do płuc, wtedy mała siniała – wspomina Radosław.

28 lipca 2009 roku, po trzech miesiącach od urodzenia, rodzice mogli zabrać ją do domu. Tam czekał na nią dawno urządzony pokoik, zabawki i ubranka. Nowiccy zaczęli uczyć się zupełnie nowego życia. Alicja zawsze będzie wymagała ciągłych wizyt lekarskich i terapeutycznych, zmierzających do częściowego wyleczenia jej wad i poprawy jakości życia. W najbliższych latach czeka ją wiele zabiegów i co najmniej cztery operacje. Alicja stale bierze kilka różnych leków. Wymaga specjalistycznego sprzętu medycznego i 24-godzinnej specjalistycznej opieki.

Radosław, z wykształcenia inżynier środowiska, pół roku przed urodzeniem córeczki stracił pracę. Przez dwa lata oboje nie pracowali, zajmując się Alą. Utrzymywali się zasiłku dla opiekunów. Po 24 miesiącach świadczenie wygasło, zaczęli zatem szukać pracy. Anna miała szczęście, zatrudniono ją w call centre (jest filologiem romańskim – zna biegłe francuski i angielski).

Opieka nad Alą wymaga od nich całkowitego zaangażowania. Wstają przeważnie o ósmej rano, o ile dziewczynka w ogóle śpi w nocy. Po obudzeniu następuje rytuał karmienia przez sondę żołądkową, specjalną odżywką z apteki. Trwa to około półtorej godziny. Później sprawdzają korespondencję na poczcie internetowej.

- Rzadko są to wiadomości prywatne. Przeważnie są związane z Alą i jej leczeniem. Po sprawdzeniu e-maili obdzwaniamy lekarzy, pracowników społecznych, umawiamy wizyty, badania – zawsze jest coś do załatwienia. To zajmuje nam średnio trzy godziny w ciągu dnia – mówi 33-latek.

 

Zapach strachu

Samo karmienie – cztery razy dziennie, zajmuje im w sumie około 6 godzin. Codziennie wychodzą na spacer, czasami na basen. Przeważnie Ala śpi też około dwie godziny w ciągu dnia. Każdą pozostałą wolną chwilę wykorzystują na ćwiczenia rehabilitacyjne.

- Mimo, że ćwiczymy, ile się da i tak nie jesteśmy w stanie zrobić wszytskiego co zalecają lekarze i terapeuci. Powinniśmy masować piec razy dziennie oczko, prawą nóżkę ponieważ jest nieużywana i pojawiają się problemy ze stawem biodrowym, i podniebienie. Rano powinniśmy jej zakładać okulary, aparat słuchowy i protezę nogi. Zakładamy, ale co z tego, skoro po pięciu minutach to z siebie zrywa. Ciągle mamy poczucie winy, że nie robimy wszystkiego, co powinniśmy – wzdychają.

Przeważnie w ciągu dnia muszą jeszcze jechać do lekarza, czy na rehabilitację, odwiedzają ich też pielęgniarki środowiskowe. Często muszą podróżować po Irlandii lub za granicę, do różnych specjalistów.

- Ze wszystkiego na świecie najgorsze są szpitale, szczególnie dla dziecka. Niestety stanowią one dużą część naszego życia rodzinnego – opowiadają. - Alusia świetnie zna już zapach szpitala, robi się tam apatyczna, smutna, jakby nagle cofała się w rozwoju. Leży w szpitalnym łóżeczku i czeka, aż znów stanie się coś nieprzyjemnego, może znów ktoś wbije jej igłę w rączkę, w szyję lub w główkę, a może znów zostanie na siłę uśpiona, a gdy się obudzi, znów będzie czuła przeraźliwy ból którejś części ciała.

Razem z maleństwem cierpią rodzice.

- Mnie samej na widok szpitala robi się słabo, też stale mam w pamięci ten zapach. Choć, w przeciwieństwie do Ali, wiem co może się tam zdarzyć. Nie zawsze jednak ta świadomość przynosi ulgę, czasami jest wręcz odwrotnie. Chociaż sama jestem zdrowa, w lecznicach dziecięcych czuję się pacjentką; tam jest przecież moje dziecko – wyznaje 32-latka. - Dla mnie szpitale to wieczne oczekiwanie na lekarzy, którzy przecież mają tylu innych ważnych pacjentów, to rozczarowanie, kiedy w końcu przyjdą, bo mało tłumaczą i rzadko potrafią rozmawiać z pacjentem jak z człowiekiem. O fatalnej organizacji szpitali i związanym z tym stresem rodziców nie warto już nawet wspominać. Szpitale to dla mnie także nieprzespane noce i płacz dzieci dookoła. To pragnienie, żeby gdzieś wyrwać się, choć na chwilę, gdziekolwiek: na kawę, do palarni, do stołówki na obiad, który w ogóle nie smakuje. Ciągle pamiętam rodziców, przerażonych jak ja, którzy odprowadzają dzieci na salę operacyjną. Na twarzach mają uśmiechy, żeby nie przerazić dziecka. Pamiętam ten straszny moment, kiedy lekarze podają dziecku narkozę i nagle robi się sztywne, jakby... Miła pani wyprowadza wtedy rodzica z sali operacyjnej, każe poczekać na zewnątrz, a każdy rodzic zadaje sobie pytanie: czy na pewno zobaczę jeszcze moje dziecko żywe. Pamiętam mamy, jak ja czekające, aż po operacji przyniosą im płaczące dziecko i będą mogły je przytulić. Przytulają tak mocno, tak zachłannie, jakby chciały z powrotem schować je do swojego wnętrza i ochronić przed złym światem.

W pierwszym roku życia Ala leżała w szpitalu ponad 10 razy. Miała 3 operacje i jedno 3-dniowe badanie słuchu, reszta pobytów to różne infekcje, które wymagały hospitalizacji. Ala była też wiele razy w szpitalu na jednodniowych badaniach.

 

150,000 dolarów

Jedną z poważniejszych wad dziewczynki jest zniekształcona prawa noga poniżej uda. W tej nóżce Ala nie ma kości piszczelowej, która razem z kością udową tworzy kolano i na której opiera się stopa. W wyniku braku tej głównej kości noga nie ma ani stawu kolanowego, ani skokowego. Malutka kość strzałkowa jest z kością udową i ze stopą połączona tylko nerwami i skórą. Ponieważ są połączenia nerwowe, Alicja może poruszać palcami prawej stopy, a także odbierać tą stopą różne bodźce. Jednak z powodu braku kości i stawów kończyna poniżej uda zwisa bezwładnie.

- Od urodzenia Ali cały czas liczyliśmy na to, że jej nóżkę da się operować, chociaż wszyscy specjaliści mówili o amputacji. Wreszcie, ostatnio całkiem przypadkowo usłsyzeliśmy lekarzu ze Stanów Zjednoczonych, doktorze Dror'ym Paley'u. To cudotwórca, które stawia dzieci na nogi. Udało nam się z nim spotkać. Doktor poświęcił nam dużo czasu na rzeczową i szczegółową rozmowę. Zbadał kolano Ali i powiedział, że jest prawie na 100 procent przekonany, że Alicja ma rzepkę i mięsień czworogłowy; rezonans jednak musi być zrobiony dla pewności. Powiedział też, że operację najlepiej byłoby przeprowadzić, kiedy Alicja będzie miała 4 lata, wtedy dopiero rzepka będzie w pełni wykształcona. Bardzo podkreślał, jak ważne jest, szczególnie w przypadku Alicji i jej problemów z równowagą, żeby dziecko miało swoją nogę (a nie protezę), którą będzie czuło podłoże.

Dla Nowickich zapaliło się światełko nadziei. Na drodze do operacji stoi jednak wiele przeszkód. Główną są finanse – koszt dwóch zabiegów i niezbędnego, 2-3-miesięcznego pobytu w klinice doktora na Florydzie to około 150 tysięcy dolarów.

- To ogromna kwota, ale na szczęście mamy dwa lata żeby ją uzbierać. Wierzymy, że nam się uda, choć na razie mamy tylko 600 euro. 115 zostało wpłacone przez trzech czytelników irlandzkich gazet. Nasza historia opisana została bowiem między innymi w Irish Examiner i Irish Independent. Na razie nie za bardzo wiemy, jak się do tego zabrać. Od jakiegoś czasu prowadzone są akcje – na przykład można przeznaczyć dla Ali 1 procent podatku w Polsce, ale taka kwota na razie totalnie nas przerasta. Bardzo byśmy chcieli, aby znalazła się osoba bądź osoby, które pomogły by nam w zbieraniu funduszy – mówi Radosław.

Operacja nóżki jest najważniejszą kwestią, jednak pozostają też inne. Wstępnie na 12 września jest zaplanowana w Warszawie operacja powieki i podniebienia. Rodzice zastanawiają się jednak, czy się na nią zdecydują. Ala ma bowiem nietypowo zbudowane drogi oddechowe i każda narkoza jest dla niej śmiertelnym zagrożeniem. Rodzice muszą zdecydować, co jest lepsze dla dziecka. Co więcej muszą się przygotować także do operacji wszczepienia implantu słuchowego, tym razem w Anglii. Dwulatka urodziła się bez nerwów słuchowych. Aby je odtworzyć, niezbędne jest wszczepienie implantu do pnia mózgowego.

Nowiccy przyznają, że życie w ciągłym napięciu jest dla nich bardzo trudne. Zmuszeni są do podejmowania decyzji, które ich przerastają.

- Marzymy o tym, aby mieć trochę spokoju. Aby przynajmniej do piątego roku życia Alicji skoczyły się wszystkie operacje. Trudno sobie wyobrazić stres, jaki przeżywamy podczas każdej z nich. Boimy się, że może się jej coś stać – wyznają.

Rodzina stara się żyć tak normalnie jak to możliwe. Niestety, nie jest to łatwe. Nowiccy nie mają właściwie czasu tylko dla siebie.

- Jeżeli już gdzies wychodzimy bez dziecka, to osobno. Czasem przychodzi pielęgniarka środowiskowa, która zajmuje się małą, gdy chcemy wyjść. Nasi znajomi boją się zostać z Alą, to dla nich zbyt duża odpowiedzialność. Dziadkowie nie mają możliwości przyjeżdżania do nas, do Irlandii. Trudno nam w ogóle wyjść z domu, ze waględu na karmienie przez sondę – mówią.

Rodzice zapewniają jednak, że starają się cieszyć każdym dniem z dzieckiem.

- Ala jest wesołym i szczęśliwym dzieckiem. Uwielbia się przytulać, bujać na huśtawce i bawić się swoimi rączkami i nóżkami. Jak każde dziecko, czasem się też złości. Jest charakterna i nie lubi, jak się ją do do czegoś zmusza. Czasami, kiedy szczególnie nie ma ochoty na ćwiczenia udaje, że śpi – śmieją się. - Ala jest pewną siebie i zadowoloną z życia osóbką o swoim własnym, niepowtarzalnym charakterze. Zdecydowanie informuje nas co lubi, a czego nie. Jest też coraz bardziej ruchliwa i coraz bardziej świadoma otaczającego ją świata. Często się uśmiecha lub głośno śmieje.

 

 

 

 

 

Alicja ma 14 różnych wad wrodzonych:

wady serca (pierwszą operację przeszła w wieku 3 tygodni; planowane są jeszcze dwie),

głębokie uszkodzenie słuchu,

zniekształcenie ucha wewnętrznego i zewnętrznego w obu uszach,

uszkodzenie nerwów wzrokowych w obu oczach w co najmniej 50%,

coloboma (rozszczep struktur oka) w obu oczach,

brak narządów równowagi,

prawdopodobne opóźnienie psychoruchowe (co wykazał rezonans magnetyczny głowy),

porażenie kilku nerwów twarzowych i asymetria twarzy,

poważne problemy z przełykaniem (nie przełyka i jest karmiona przez sondę),

częściowy paraliż strun głosowych,

laryngomalacja (wiotkość krtani),

poważne problemy z refluksem żołądkowym,

zniekształcenie prawej nogi (brak kości piszczelowej i szpotawa stopa),

niedowład niektórych części ciała (m.in. mięśni barków).

 

 

 

O Alicji można przeczytać na następujących stronach:

www.alicja.org

www.alicja-nowicka.blog.onet.pl

www.facebook.com/pages/Alicja-CHARGE/208713382478927 bądź w wyszukiwarce Facebooka wpisać "Alicja CHARGE" (profil publiczny Alicji na Facebooku),

www.irishexaminer.com/ireland/against-all-odds-164053.html (o Alicji w Irish Examiner),

www.independent.ie/national-news/alicjas-progress-stuns-doctors-as-little-fighter-battles-rare-illness-2846476.html (o Alicji w Irish Independent)

 

 

Konta, na które można wpłacać pieniądze na Alicję:

www.alicja.org/donate (strona, na której można dokonywać wpłat za pomocą konta PayPal (przycisk "Donate") lub przelać na irlandzkie konto bankowe Alicji),

w Polsce 1% podatku:

 

Dolnośląska Fundacja Rozwoju Ochrony Zdrowia

 

NR KRS 0000050135

 

Hasło: ANOWICKA

lub w formie darowizny na konto Alicji fundacji:

 

Dolnośląska Fundacja Rozwoju Ochrony Zdrowia

 

Bank Pekao S.A. I Odział Wrocław

 

45 1240 1994 1111 0000 2495 6839

 

Z dopiskiem: Darowizna na cele ochrony zdrowia "ANOWICKA"


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Królewska Agnieszka

niedziela, 14 sierpnia 2011 7:55

Aneta KUBAS: Ostatnio wsparła Pani akcję Polskiej Biblioteki w Dublinie, ofiarując swoje książki z autografem. Dlaczego zdecydowała się Pani pomóc i czy często bierze Pani udział w takich akcjach?

Agnieszka PEREPECZKO: Tak, dość często, zwłaszcza gdy cel akcji jest umotywowany odpowiednio.

A.K.: W ubiegłym roku wydała Pani książkę „Strzał w dziesiątkę”. Czy może Pani zdradzić czytelniczkom, które jeszcze nie przeczytały tej książki, jak dbać o siebie po 40-tce? Tak w kilku najważniejszych punktach? Jak zachęca Pani do sięgnięcia po tę pozycję?

A.P.: Książka „Strzał w Dziesiątę. Jak odmłodnieć 10 lat w 10 dni”, to moja odpowiedź na liczne pytania kobiet w Polsce co robić na duszę, sylwetkę, dobry humor i uciekającą urodę... To również podziękowanie moim mentorom, doradcom, firmom kosmetycznym, a także lekarzom i dietetykom. W książe zamieszczam adresy firm, telefony specjalistów, dentystów, endokrynologów, specjalistów w dziedzinie medycyny estetycznej. Są tam również wspomnienia z domu rodzinnego, które wiele kobiet uważa za zabawne, a opisy wydarzeń jak twierdzą moje czytelniczki zawierają dużą dawką poczucia humoru. Końcowy rozdział zatytułowany „Tak Myślę” zawiera filozofię mojego życia i postępowania.

A.K.: Jest Pani w ciągłych rozjazdach, jak dba Pani o siebie w podróży? Co ma Pani zawsze w walizce?

A.P.: Przede wszystkim, w czasie długiego lotu z Australii do Polski, który odbywam raz w roku, dbam o lekką dietę i nawilżenie skóry. W czasie 30-godzinnego lotu często się gimnastykuję. Podróżuję też po Polsce. Mam zawsze przy sobie ukochane kosmetyki Forever Living na bazie aloesu (polecam moje felietony www.aperepeczko.pl, a zwłaszcza jeden z poprzednich o mojej wyprawie do Arizony i firmie ForeverLiving, której jestem wielkim fanem). Oprócz kosmetyków mam zestaw witamin i lekkie bawełniane suknie, tiszerty i oczywiscie dzinsy.

A.K.: Od trzech lat nie występuje Pani w „M jak Miłość”, a mimo to widzowie doskonale Panią pamiętają. Co takiego wniosła do serialu Simmona i Pani?

A.P.: To jest moje wielkie szczęście, że tak długo mnie pamiętają i ciągle mają niedosyt Simony. Myślę, że ta postać wniosła do serialu kawałek mojej natury. Spontaniczność, energię ,kobiecość, a nawet nieco seksapilu, co bardzo podobało się widzom. Ta popularność przekłada się na różne zaproszenia i spotkania z moimi fanami, dla których gotuję na pokazach kulinarnych, prowadzę imrezy, jestem zapraszana do różnych jury, no i co najbardziej sobie cenię - mam wiele spotkań w bibliotekach w całej Polsce, a ostatnio nawet w Arizonie.

A.K.: Na swojej stronie internetowej wspomina Pani o książce "Krew Merowingów. Polscy potomkowie Jezusa." Barbary Turlińskiej. Może Pani powiedzieć więcej na temat badań autorki na temat Pani królewskich korzeni?

A.P.: Mało wiem na temat autorki, ale napisałam list do wydawnictwa, prosząc o spotkanie z Panią Barbarą Turlińską. Moje arystokratyczne pochodzenie zawdzięczam mojej babci Wadzie Koziełł-Poklewskiej.

A.K.: W Pani książkach i na stronie internetowej jawi się Pani jako osoba pełna optymizmu, energii i potrafiąca cieszyć się życiem. Czy zawsze Pani taka była?

A.P.: Myślę, że zawsze. Zawdzięczam to mojej cudowne, pełnej humoru i energii matce. Ja kocham życie i ciekawię się każdym dniem, a życie nie szczędzi mi niespodzianek. Mieszkam na dwóch kontynentach i każdy dzień jest inny. W Polsce odwiedzam miejsca pierwszych randek i rodzinny Milanówek pod Warszawą. Czasem bywam sentymentalna, ale umiem też stać twardo na ziemi.

A.K.: Czy była Pani kiedyś w Irlandii? Z czym Pani się kojarzy ten kraj?

A.P.: Nie nigdy, ale nie tracę nadziei że go kiedyś go zobaczę i przyjadę np na spotkanie do Biblioteki...

A.K.: Ja też mam taką nadzieję, na pewno czytelnicy w Irlandii chętnie by się z Panią spotkali. Tymczasem, jakie ma Pani bliższe i dalsze plany?

A.P.: Teraz jestem w Bochni u przyjaciół, którzy zorganizowali mi szereg spotkań z fanami w Bochni, Krakowie, Brzesku i Bielsku Białej. W sierpniu jadę na Hel, do ukochanej Juraty, a wrzesień i październik spędzę w większości w Zakopanym, gdzie mam wykłady o "Radości Życia" na Wczasach Ekologicznych.

Pod koniec października wyruszam do mojego domu w Melbourne, na jeszcze jedno lato w tym roku.

A.K.: Dziękuję za rozmowę.

A.P.: Ja również i serdecznie pozdrawiam czytelników w Irlandii.

 

 

Agnieszka Fitkau-Perepeczko (ur. 6 maja 1942 w Warszawie) – aktorka, modelka, pisarka. Wychowała się w podwarszawskim Milanówku. W 1966 roku ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie. Od 1998 jest naczelną miesięcznika Magiczna Quchnia. Od 1970 przez 10 lat była aktorką Teatru Komedia, gościnnie występowała w Teatrze Dramatycznym oraz Teatrze Rozmaitości w Warszawie.

 

W 1981 wyjechała do Australii, gdzie pracowała jako aktorka i fotograf. Występowała także w australijskich serialach, m.in. w popularnych na początku lat 90. w Polsce Więźniarkach.

Od listopada 2005 jest wdową po aktorze, Marku Perepeczce.

(źródło: Wikipedia)

 


Podziel się
oceń
1
3

komentarze (3) | dodaj komentarz

Pilot myśliwca – na celowniku

niedziela, 14 sierpnia 2011 7:52

 

Przez lata szkolił się, by atakować. W służbie dla kraju doszedł do stanowiska dowódcy klucza myśliwskiego. Cztery lata temu sam trafił na celownik. Dopadła go nieuleczalna, wyniszczająca choroba. Nie poddał się – w wojsku zakodowano mu jedno – dopóki nie musisz – nie katapultuj się. Walcz.

 

W sprawie Jacka Matysiaka skontaktował się z redakcją Gazety Polskiej Łukasz Gancarz, fotograf lotniczy zamieszkały w Swords, przyjaciel chorego.

- Jacek służył jako pilot myśliwski sił powietrznych. Niestety, krótko po tym, kiedy zrezygnowal z kariery w lotnictwie wojskowym na rzecz latania w cywilu, został zdiagnozowany ze stwardnieniem rozsianym – poinformował. - Teraz, opuszczony przez państwo, któremu kiedyś służył, musi płacić za całe leczenie ze swoich własnych pieniędzy. Jak można to sobie wyobrazić, jest to w naszym kraju niewykonalne.

Jako pilot, Jacek przechodził co roku szczegółowe badania. Zdawał je bez zastrzeżeń. Cieszył się zdrowiem, był spełnioony zawodowo i prywtanie. Wykonywał pradcę, któa była jego pasją, miał rodzinę – żonę i dwójkę dzieci.

- Parę lat temu, w 2004 roku, jako kapitan sił powietrznych, dowódca klucza lotniczego i pilot samolotu myśliwskiego MiG-21, a później MiG-29 w 41 eskadrze lotnictwa taktycznego w Malborku, siedząc w domu w fotelu, oglądałem program telewizyjny, w którym pokazywali karatekę. Człowiek ten w sile wieku, wysportowany, silny i sprytny - zachorował na stwardnienie rozsiane. W kilka miesięcy „zwinęło” go do wózka inwalidzkiego. Pokazywali, ile trzeba poświęcenia, miłości, pieniędzy, czasu i cierpliwości rodziny, żeby się nim zajmować, pielęgnować i rehabilitować. Pomyślałem wtedy - ale przerąbane życie - ( no bo kto w takiej sytuacji by tak nie pomyślał?) - wspomina.

Wówczas nie przeszło mu nawet przez myśl, że w nim drzemie taka sama straszna choroba. Minęły trzy, wypełnione ciężką pracą, lata. Gdy pojawiły się pierwsze symptomy choroby, Matysiak nie miał pojęcia, że właśnie zaczyna się gehenna jesgo i rodziny.

- Zacząłem odczuwać coś, czego nie bardzo rozumiałem. Miewałem na przykład okresowo spowolnione ruchy. „Przecież co roku mnie badają w WIML” - pomyślałem, „więc chyba wszystko jest w porządku - nic mnie nie boli.”

Z czasem objawy zaczęły się nasilać. Pilot odczuwał odrętwienia i niedowłady prawej nogi i ręki. Wszystkie niedomagania skłądał na karb pracy, którą wykonywał.

- Myślałem, że to wina przeciążeń, niedotlenienia, latania na myśliwcach. Wydawało mi się, że to od kręgosłupa. Po pewnym czasie moja podświadomość zaczęła mi mówić - „zrezygnuj, bo możesz zrobić krzywdę sobie lub komuś". Trwało to jakiś czas i nadszedł taki moment, że musiałem zadecydować o odejściu od latania. Zdawałem sobie sprawę że coś jest nie tak, choć nie wiedziałem co. 13 lipca w piątek 2007 roku, nie mając pojęcia o chorobie, złożyłem wypowiedzenie. Wielu ludzi pytało wtedy dlaczego. Sam nie byłem pewien,ale wiedziałem że muszę.

 

 

 Wtedy jego świat wywrócił się do góry nogami. Z jego ciałem działo się coś złego, a tymczasem musiał zapewnić byt rodzinie.

- Do tego żal. Zostawiłem za sobą lotnictwo, któremu poświeciłem połowę mojego życia. O wszystkim przypominały samoloty, które widziałem z mojego okna. Często miałem łzy w oczach – przyznaje.

Już po krókim czasie uznał, że jednak podjął słuszną decyzję. Jego samopoczucie się polepszyło (dopiero potem oakzało się, że było to złudne). Postanowił, ze spróbuje sił w lotnictwie cywilnym. Tak robi wielu pilotów po przejściu na wojskową emeryturę.

- Zainwestowałem w siebie spore pieniądze, zrobiłem uprawnienia, złożyłem dokumenty w firmie lotniczej. Po pewnym czasie zacząłem jednak zauważać, że nie bardzo mogę jeździć samochodem, że wejście na czwarte piętro jest jak wejście na Giewont. Zmienił mi się głos, szybko zacząłem się męczyć, miałęm zawroty głowy i bardzo źle się czułem – wylicza J. Matusiak.

Mężczyzna zdecydował się na wizytę u neurologa. W Elblągu wykonano rezonans magnetyczny, następnie skierownao go do spzitala w Gdańsku. Przeprowadozno punkcję i wreszcie postawiono diagnozę. Stwardnienie rozsiane. Encyklopedyczna definicja: stwardnienie rozsiane (łac. sclerosis multiplex) to przewlekła, zapalna choroba centralnego układu nerwowego, w której dochodzi do wieloogniskowego uszkodzenia tkanki nerwowej.

- To był szok! W mojej głowie kłębiły się setki myśli. Co dalej? Co z dziećmi, rodziną, planami, z moim życiem?

Kolejne informacje nie były wcale lepsze. Okazało się, że mnie że w tej sytuacji jest bardzo mała szansa na leczenie chemią. Jest za stary i choruje za króko. Trzeba być minimum dwa lata chorym i mieć nie więcej niż 35 lat. Wtedy dopiero jest się kandydatem do leczenia. Narodowy Fundusz Zdrowia z grona chorych losuje tych, którzy mają być poddani terapii (jest się zatem w kolejce do losowania a nie do leczenia, jak w loterii ).

Dzisiejsza medycyna nie potrafi tej choroby wyleczyć, można tylko osłabiać jej skutki. Natomiast kiedy pozostawić pacjenta bez leczenia, szybko może zostać on skazany na postępujący paraliż i wózek inwalidzki.

- To był dla mnie kolejny cios. Tyle lat poświęciłem swojego życia i zdrowia dla służby Polsce, a teraz nie ma dla mnie pomocy? - pytał retorycznie. - Po powrocie do domu nie mogłem chodzić, kręciło mi się cały czas w głowie, źle się czułem i kilka dni spędziłem przy komputerze, cały czas w internecie wysyłając maile, z telefonem przy uchu, szukając pomocy. „Pomoc, skąd i gdzie" - tylko to kłębiło mi się po głowie.

Matusiak nie poddał się. Postanowił szukać pomocy i wsparcia, także wśród znajomych z wojska. Pomógł mu jego były dowódca, pułkownik Eugeniusz Gardas, pomogli szefowie 10. Szpitala Wojskowego w Bydgoszczy - tam przyjęto Jacka na leczenie chemiczne. Dzięki temu czuje się znacznie lepiej. Jednak sama farmokologia to za mało, trzeba ją wspierać bardzo kosztowną rehabilitacją. Z pomocą przyjaciół postanowilił zorganizować akcję internetową. Przeprowadzono zbiórki w jednostkach wojskowych, między innymi dzięki temu Jacek mógł wyjechać na turnus rehabilitacyjny (koszt jednego wyjazdu to 5 tysięcy złotych). Leczenie już przynosi skutki.

- Pan Jacek, gdy przyszedł do mnie rok temu, miał poważne ograniczenia i trudności w chodzeniu. Teraz w zasadzie po nim nie widać, że jest chory – mówi jego lekarz prowadzący.

Choroba mimo to bardzo powoli postępuje.

- Ja to czuję. Są takie momenty, że się nie mogę ogolić. Nie mogę biegać, szybko chodzić. Ta codzienna walka ze swoim opornym ciałem powoduje, że człowiek jest zły. Na własną bezsilność – mówi kapitan rezerwy.- Poza tym ciągła walka z chorobą to jedno, ale ciągła walka o środki potrzebne do tej walki to drugie. Wy możecie pomóc i to jest właśnie moja prośba.

Już niedługo chory będzie zmuszony przyjmować lek Tysabri lub Gilenya. Ponieważ są one bardzo drogie, pan Jacek szuka pomocy w sfinansowaniu terapii. Medykamenty są do nabycia tylko prywatnie, a ich koszt waha się w granicach 6,500 złotych za Tysabri lub 12,000 miesięcznie - Gilenya. Matusiaka nie stać na taki zakup.

Pan Jacek marzy o tym, że kiedyś będzie sprawny. Jest jeszcze dość młody, by wiele zdziałać. Musiał się rozstać z ukochanym lotnictwem, ale uczucie pozostało.

- To była jego pasja. Nie wojsko, tylko właśnie latanie – mówi żona chorego. - Chciałby robić to dalej. Z domu zniknęły różne pamiątki, mundury, żeby na to nie patrzeć, nie myśleć o tym. Przede wszystkim wierzę, że kiedyś będzie dostępne lekarstwo, że ktoś wymyśli coś skutecznego. I może Jacek będzie jeszcze całkiem sprawnym człowiekiem.

Jackowi Matysiakowi pomaga wiele osób dobrej woli. W jednostce o nim pamiętają. W ubiegłym tygodniu przekazano kolejne pieniądze na wsparcie leczenie. Wziął w niej udział gen. pil. Lech Majewski, dowódca Sił Powietrznych RP, który odwiedził w piątek 22. Bazę Lotnictwa Taktycznego w Malborku.

- Kiedy miał już ogromne szanse pokazania swoich możliwości dowódczych, niestety pojawiła się choroba, z którą kapitan walczy do tej pory umiejętnie, tak jak pilot, myśliwiec - mówił generał.

 

 

Jacek Matysiak ma 43 lata, pochodzi z Krasynsatawu na Lubelszczyźnie. Dyplom pilota samolotów naddźwiękowych uzyskał w Wyższej Oficerskiej Szkole Lotniczej w Dęblinie. Od 1991 roku służył w 41. Eskadrze Lotnictwa Taktycznego. Wylatał w powietrzu 1450 godzin, najwięcej na samolotach MiG-21. Pierwsze symptomy choroby pokazały się w 2007 roku, dwa lata później diagnoza nie pozostawiała złudzeń. W ostatnim okresie służby, zanim jeszcze pojawiły się problemy zdrowotne, pan Jacek pełnił w 41 ELT funkcję dowódcy klucza lotniczego. Nosił przydomek "Rekin", nadany mu przez kolegów w czasach nauki w szkole w Dęblinie.

 

 

 

 

 

 

Apel Jacka Matysiaka

Zwracam się do wszystkich ludzi dobrej woli, którzy chcą mi pomóc w dalszym leczeniu. Nie przypuszczałem nigdy, że będę musiał o taką pomoc zabiegać i wcale mi z tym nie jest lekko.

Wasza - Twoja - pomoc jest mi potrzebna po to, żebym mógł dalej w miarę normalnie żyć i funkcjonować. To, co mogę ze swojej strony dać innym ludziom w zamian, to wiedza na temat choroby, praktyczne podejście do niej, jak również informacje na temat odżywiania, które jest niezmiernie istotne w tym schorzeniu. Choroba zmusiła mnie do bardzo dużej zmiany trybu życia. Wielu rzeczy, które kiedyś wydawały sie banalnie proste, musiałem się nauczyć od początku. I pewnie gdybym się poddał być może by mnie tutaj dzisiaj nie było.

 

Ja chcę żyć, bo mam jeszcze wiele do zrobienia. Dlatego ciągła rehabilitacja jest niezbędna - stąd mój apel do Ciebie. Wierzę, że są dobrzy ludzie, którzy mi pomogą.

 

Numer subkonta, na które można kierować pomoc na moje leczenie:

 

Polskie Towarzystwo Stwardnienia Rozsianego

 

Volkswagen Polska S.A.

 

Rondo ONZ 1

 

00-124 Warsaw, Poland

 

dla przelewów zagranicznych trzeba podać dwa kody poniżej

 

SWIFT: INGBPLPW

 

IBAN: PL

Numer konta: 51 2130 0004 2001 0405 6198 0002

 

Obiecuję, że na swojej stronie - www.flyshark.republika.pl - po 15 każdego miesiąca (bo tylko wtedy mam informację od stowarzyszenia o stanie konta ) podawał będę stan środków, oraz to, w jaki sposób zostały one wykorzystane. Numer tego konta z dopiskiem w tytule można także podawać w rocznym rozliczeniu 1% podatku. Jeżeli tego się nie zrobi to i tak zabierze to państwo i da politykom. Za wszelką pomoc bardzo serdecznie wszystkim dziękuję.

 

Osoby, które chciałyby pomóc, a nie chcą wpłacać na subkonto, mogą mnie wspomóc wpłacając bezpośrednio na moje konto. Za każdą pomoc serdecznie dziękuję i obiecuję, że będzie to spożytkowane na leczenie i leki.

 

mBank 19-11402004-0000330231308402

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

czwartek, 19 października 2017

Licznik odwiedzin:  83 411  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Od 2005 roku, czyli właściwie początków boomu imigracyjnego w Irlandii, pracuję w różnych polskich gazetach w Dublinie. Cały czas na bieżąco śledzę życie Polonii. Zapraszam do zapoznania się z nim.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 83411

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl