Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 835 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Słaby angielski przyczyną izolacji

wtorek, 28 września 2010 19:15


Wielu Polaków w Irlandii czuje się wyizolowanych ze społeczeństwa z powodu nieznajomości języka angielskiego – to główny wniosek wypływający z badań polskiej społeczności na wyspach przeprowadzonych przez National Consultative Committe on Racism and Interculturalism (NCCRI). Okazuje się, że oprócz słabych umiejętności językowych największą barierą dla rodaków zadamawianiu się w Irlandii jest zbył mała świadomość praw i przysługujących świadczeń. Wyniki raportu zostały przedstawione w ubiegłym tygodniu, w dublińskiej siedzibie NCCRI.


Badanie, przeprowadzone dla organizacji przez Katarzynę Kropiwiec i dr Rebeccę Chiyoko King-O’Riain, oparte jest na wywiadach z 23 Polakami, którzy obecnie żyją i pracują w Irlandii.

Z wywiadów wynika, że emigracja jest powodowana głównie czynnikami ekonomicznymi. Polacy wyjeżdżają przeważnie w celach zarobkowych, z zamiarem powrotu do kraju. Druga grupa to młodzi wykształceni ludzie, chcący polepszyć jakość swojego życia, otwarci na możliwości, jakie otwiera przed nimi zjednoczona Europa.

- Większość polskich emigrantów pracuje poniżej swoich kwalifikacji, w wielu przypadkach również osoby z wyższym wykształceniem i znajomością języka angielskiego. Niewystarczająca znajomość angielskiego jest głównym problemem polskiej społeczności w Irlandii i jest częstą przyczyną izolacji – tłumaczy K. Kropiwiec. - Wnioskiem, jaki wypłynął z rozmów jest konieczność organizację bezpłatnych wieczornych kursów języka angielskiego i zwiększone poparcie dla organizacji etnicznych.


Emigracja łańcuchowa

Polacy przyjeżdżają na wyspę przeważnie dlatego, że zachęcił ich ktoś, kto już jest w Irlandii, w niektórych przypadkach już przed wyjazdem mieli załatwioną pracę. Wiele osób dołączyło do swoich partnerów, ponieważ nie chcieli żyć oddzielnie, a niektórzy mieli w Irlandii przyjaciół lub członków rodziny, którzy wyrazili chęć pomocy, aby złagodzić skutki „lądowania” i ułatwić im start za granicą.

Decyzja o powrocie do Polski wydaje się mniej prawdopodobna im dłużej pozostają w Irlandii.

- Stworzenie nowych więzi towarzyskich i silniejszych powiązań z Irlandią, jak na przykład zawarcie nowych przyjaźni lub wysłanie dziecka do irlandzkiej szkoły, sprawiły, że Irlandia stała się miejscem wygodniejszym do życia niż odległa Polska. Ale jednocześnie, podtrzymywanie języka polskiego i kultury polskiej jest ważną kwestia w wychowaniu drugiego pokolenia – dodaje współautorka raportu.

Irlandia sprawiła na respondentach ogólnie pozytywne wrażenie. Irlandczycy są uważani za ludzi przyjaznych i uczynnych. Są też bardziej wyrozumiali względem pracowników zagranicznych z uwagi na irlandzką historię migracji.

- Polskim imigrantom trudno jest przyzwyczaić się do irlandzkiej pogody i jedzenia. Narzekają na brak słońca, nadmiar deszczu, nadmiar ‘fastfoodu’ oraz na smak irlandzkiego chleba. Polskie sklepy i polskie działy żywnościowe w irlandzkich sklepach przyjęto bardzo ciepło – wynika dalej z badań.

Chcą się uczyć

Rodacy ogólnie są zadowoleni z zarobków, choć przyznają, że na pensje muszą ciężko pracować. Niektórzy respondenci otrzymywali za tą samą pracę niższe wynagrodzenie niż Irlandczycy.


Polacy skarżą się na trudności związane z nieznajomością języka. Przez to kłopotliwe jest załatwianie najprostszych formalności, jak uzyskanie numeru PPS, otwarcie konta bankowego, czy znalezienie zakwaterowania.

- Brak znajomości języka angielskiego jest też czynnikiem, który sprawia, że Polacy wiele tracą na rynku pracy. Konkurencja o pracę rośnie i nawet na stanowiskach niższego szczebla wymagania stają się coraz wyższe. Najważniejsze wymaganie dotyczy dobrego porozumiewania się. Wystarczające umiejętności językowe większość respondentów uznała za najważniejszy czynnik stanowiący o dobrym życiu za granicą – czytamy w opracowaniu NCCRI. - Wielu niedawno przybyłych Polaków odczuwa izolację. Wielu zna angielski na poziomie niższym niż by sobie tego życzyli czy potrzebowali. Ze wszystkich wypowiedzi wynika, że znajomość angielskiego jest kluczem do znalezienia pracy i dobrego życia w Irlandii. Dlatego też, jedną z sugestii jest to, aby pracujący imigranci mieli szansę uczęszczać na kursy języka angielskiego w celu poprawienia umiejętności porozumiewania się w języku angielskim. Dla wielu osób pracujących na nisko płatnych stanowiskach, cena za lekcje prywatne jest zbyt wysoka. Innym problemem jest czas, jaki imigranci mogą poświęcić na doskonalenie znajomości języka angielskiego. Dlatego też bardzo potrzebne są bezpłatne lub tanie wieczorowe zajęcia z języka angielskiego dla pracujących imigrantów. Ten program powinien zaspokoić potrzeby imigrantów i łączyć nauczanie języka z silnym naciskiem na język mówiony i treści związane z pracą.

(Anons Polski, 2007)

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

W nawiedzonym domu

wtorek, 28 września 2010 12:37

Satanizm, okultyzm, praktyki czarnej magii, tym wszystkim przesycony jest budynek, który postanowiliśmy zwiedzić sobotniej nocy, dokładnie o północy. Baliśmy się okropnie, bo któż nie lękałby się miejsca, w którym pojawia się sam diabeł, gdzie znaleziono ludzki szkielet, gdzie ponoć ucinano dziewczynkom głowy, by potem smażyć je na ruszcie? Baliśmy się też ludzi, którzy odwiedzają to miejsce – satanistów, okultystów i innych podejrzanych typków.


Gdy mówiliśmy Irlandczykom o naszych planach eksploracji nawiedzonego domu dokładnie o północy, patrzyli na nas z przerażeniem. Myśleli pewnie, że mają do czynienia albo z wariatami, albo satanistami.


Z diabłem w karty

Zacznijmy od mrożącej krew w żyłach historii „Hell-Fire Club” (Klubu Piekielnych Ogni). Budynek został ufundowany w 1735 roku przez Richarda Parsonsa, znanego czarnoksiężnika, amatora czarnej magii, człowieka z dużym poczuciem humoru i skłonnego do igraszek. Mężczyzna ów wiódł rozwiązły tryb życia aż do swej śmierci w 1741 roku. Po jego odejściu dom wykorzystywali do swych praktyk członkowie angielskiego klubu o tej samej nazwie. Założycielem jego był Sir Francis Daswood (1708-1781). Członkowie „Hell-Fire Club” spędzali czas głównie na orgiach i praktykach okultystycznych.

Najbardziej popularna legenda związana z domem dotyczy pewnej burzliwej nocy w nieokreślonej przeszłości.

Do drzwi zapukał wędrowiec, który został zaproszony do środka. Podczas gry w brydża jednemu z jej uczestników miała spaść na ziemię karta. Kiedy schylił się po nią, zobaczył, że czarujący gość ma zamiast stóp... kopyta. Przerażony odkryciem mężczyzna zaczął przeraźliwie krzyczeć, wtedy zjawa zniknęła pozostawiając za sobą odór siarki – opowiada Adam Tynan, mieszkający w okolicy przerażającego miejsca.

Inna wersja legendy mówi o tym, że przybysz ukazał się jednemu z graczy na karcie – postanowiliśmy dotrzeć do prawdy, wyruszając prawie całym zespołem redakcyjnym, wraz z naszymi przyjaciółmi.


Coś porywa dach

Mówi się także o innej historii, która wydarzyła się krótko po wybudowaniu domu. Pewnej nocy wichura porwała dach. Wiara w diabelskie sprawki na ziemi była wtedy bardzo żywa, zatem przebywający w domu uznali, że to sam szatan porwał pokrycie budynku. Jednak jeden z mężczyzn, dzielny Squire Conolly, nie przeląkł się i kazał po prostu naprawić dach i umocnić go tak, by czy to szatan, czy to wiatr nie zerwały go więcej.

Irlandczycy twierdzą z przekonaniem, że w domu ukazuje się diabeł, że wyczuwa się tam negatywną energię. Nic dziwnego, skoro od dwustu lat dom wykorzystywany jest do niecnych praktyk. Ponadto został on postawiony (świadomie lub nie) w miejscu przecięcia silnych pól elektromagnetycznych. – Dom połączony jest ponoć z innymi miejscami dla wzmocnienia oddziaływania energii – mówi Ania, która w domu była wprawdzie tylko w dzień, ale służyła nam praktycznymi radami podczas wyprawy.


Niebezpieczna wyprawa

Do zwiedzania nawiedzonego domu przygotowywaliśmy się tydzień. Samochód, ekipa, akcesoria. Wybór padł na sobotnią noc. O 19 spotkaliśmy się w redakcji, po pożegnaniu z bliskimi. Oczywiście żartobliwymi, ale do końca nie było nam do śmiechu. Nie mieliśmy pojęcia, co zastaniemy na miejscu, o „Hell-Fire Club” słyszeliśmy parę mrożących krew w żyłach historii, no i wiedzieliśmy, co odbywa się tam do dziś. Ubraliśmy się ciepło, zabraliśmy dodatkowe swetry, trochę prowiantu, latarki, walkie-talkie i aparaty fotograficzne. Naładowaliśmy telefony i akumulatorki.

Już w redakcji, jakby zapowiedź niebezpieczeństwa, jedna latarka spadła na ziemię i rozbiła się. Nie zniechęciło nas to jednak. W dobrych humorach zapakowaliśmy się do vana naszego irlandzkiego przyjaciela, Nicky’ego. Nie wiedzieliśmy jednak dokładnie dokąd jechać, więc zaczęliśmy od Temple Baru, gdzie zasięgnęliśmy bliższych informacji od znajomego, menadżera jednego z barów.

Chyba żartujecie. Chcecie tam jechać w nocy? Znacie opowieści o tym co się tam działo? W tym domu facet obcinał dziewczynkom głowy i smażył je na ruszcie – oznajmił zadowolony z efektu, jaki wywołał, Rory.

Po tym miłym wstępie powiedział nam, jak dojechać do ostatniego charakterystycznego punktu na trasie – najwyższej położonego w Dublinie pubu „Johnnie Fox’s”. Ruszyliśmy w tym kierunku, po drodze wstępując do sklepu po coś na pokrzepienie. Kierując się najpierw do Dundrum, bez trudu znaleźliśmy przybytek – mieści się on w Glencullen (hrabstwo Dublin, Dublińskie Góry), przy trasie R116.


Ostatnia bezpieczna przystań

Pub zrobił na nas niesamowite wrażenie. Właśnie trwał tam koncert, ludzie bawili się, tańczyli w ciepłym i przytulnym wnętrzu. Lokal, istniejący od ponad dwustu lat utrzymany jest w starym, typowo irlandzkim stylu.

Dlaczego nie możemy tu zostać – myśleliśmy. – Po jakie licho pchamy się do tego domu?

No cóż, tymczasem musieliśmy zasięgnąć wskazówek na temat drogi do nawiedzonego domu. Wybór padł na starszego menadżera.

Czy wie pan, jak możemy dojechać do Hell-Fire Club? – zapytaliśmy. Mężczyzna zrobił wielkie oczy i jakby się przestraszył – Nic nie wiem o tym domu, coś tam kiedyś słyszałem, ale nie wiem, gdzie to jest – mamrotał.

Daliśmy spokój znerwicowanemu pracownikowi pubu i postanowiliśmy zasięgnąć języka na zewnątrz. Podeszliśmy do grupy młodych ludzi pijących piwo. Okazało się, że mieszkają w okolicy. Adam powiedział nam, jak dotrzeć do domu i uraczył dodatkowo kilkoma radami.

Kiedy tam dojedziecie, znajdzie głaz koło domu – obejdźcie go trzy razy. To po to, żeby was chroniły dobre moce. Uważajcie na ludzi, którzy tam przyjeżdżają. Ubierają się w czarne szaty z kapturami i odprawiają jakieś rytuały – mówił Adam, który z całym przekonaniem stwierdził, że przenigdy nie wybrałby się do nawiedzonego domu w nocy.


Błądzimy

Nie zrażeni ruszyliśmy dalej. Kierowaliśmy się przed siebie, zostawiając po lewej ostatnią ostoję bezpieczeństwa – „Johnnie’go”. Było już dobrze po 22. Na skrzyżowaniu w kształcie litery T skręciliśmy w lewo. Po około 20 minutach jazdy powinniśmy trafić na parking, z którego prowadzi pod górę droga do domu. Niestety, po drodze parkingów było kilka. Po jakiejś półgodzinie było już pewne, że przejechaliśmy wskazane miejsce. Telefony zgubiły zasięg, na szczęście jednak udało nam się znaleźć zaparkowane na poboczu auto. Para wskazała nam drogę, parking był po lewej stronie, po jakiś dwudziestu minutach od skrzyżowania, miejsce jest oznaczone tablicą informacyjną.

Nieprzyjemny dreszcz przeszedł nam po plecach, gdy zobaczyliśmy pozostawione na parkingu sześć ciemnych aut. Lepiej byśmy się czuli wiedząc, że na górze nie ma nikogo. Żarciki przestały nas się trzymać, gdy wkroczyliśmy na krętą drogę wiodącą pod górę, przeważnie między drzewami. Już na początku włos zjeżył nam się na głowie. Stanęliśmy jak wryci, gdy gdzieś z góry doleciał nas przeraźliwy wrzask kobiety. Krzyk dobiegał mniej więcej z miejsca, gdzie przez drzewa przebijała jakaś poświata. Zaczynało się robić ciekawie.


Bawimy się w Indian

Zgasiliśmy latarki i staraliśmy się zachowywać jak najciszej. Szliśmy pod górę jakieś pół godziny, nie wiedząc, gdzie dokładnie znajduje się nasz cel. Miny zrzedły nam jeszcze bardziej, gdy po długim marszu dotarliśmy na skraj urwiska, a domu ani słychu, ani widu.

Instynktownie skręciliśmy w lewo i okazało się, że zataczamy właśnie wielkie koło. Tu zwątpiliśmy. Postanowiliśmy odsapnąć na sągu drzewa, żeby zebrać myśli i siły. Sytuacja wyglądała kiepsko. Po telefonie do Ani okazało się, że dom jest za drzewami i nie widać go z drogi.

Więc jak mamy go znaleźć! – myśleliśmy zrezygnowani.

Byliśmy znów na rozstaju, postanowiliśmy zawrócić i lepiej rozglądać się po drodze. Krzysztof, najodważniejszy z nas, badał wszelkie ścieżki i przejścia prowadzące na szczyt. Włączyliśmy latarki. Było nam już wszystko jedno, chcieliśmy tylko znaleźć ten dom.


W ślad za kotem

Wtem na jednej z dróg pojawił się czarny, duży kot. Siedział na szczycie, a gdy nas zauważył leniwie wstał i zniknął po prawo, między zaroślami.

To znak – powiedział Krzysiek. – Kot nas prowadzi. Idziemy za nim.

Każda wskazówka nawet tak nieprawdopodobna była nam teraz potrzebna. Poszliśmy więc za kociakiem, badając dalej ścieżki w poszukiwaniu ludzkich śladów. Doszliśmy do strumienia wypływającego ze wzgórza. W myśl zasady, „gdzie woda tam życie” pokierowaliśmy się do góry. Domu nie było.

Na następnej drodze wreszcie kolega krzyknął: Widzę mury! Jest! – poszliśmy za nim. Niestety, mury i kopuły majaczące w ciemności okazały się... krzakami. Znowu pudło? W lesie rozległ się trzask łamanych gałęzi. Ktoś chodził między drzewami.

Wtem Krzysiek, idący z przodu wrzasnął: – Jest!.

Wszedłem pod górę i nagle go zobaczyłem. Był tam potężny, złowrogi, rozłożysty, czarny. Serce zaczęło mi walić. Wtedy dopiero się przestraszyłem – wspomina.


Pentagram i nagrobek

Nowy duch w nas wstąpił. Nie bacząc na środki ostrożności, ani to, że Magdzie wypadła komórka, zaczęliśmy biec w stronę domu. Nic to, że było grubo po północy. (Błądziliśmy prawie dwie godziny!) Zobaczyliśmy nocną panoramę Dublina w dole, dom przed nami.

Patrzcie, pies ucieka z domu! – krzyknęła Joanna.

Rzeczywiście, przez łąkę biegł, (sunął?) czarny, duży pies. Ogon miał podkulony. (Czyżby to był sam diabeł?)

Nagle Marek oświetlił ziemię pod naszymi stopami.

Tu jest narysowany okrąg. Stoimy w pentagramie! – krzyknął. Uciekliśmy niemal w panice, ale niestety okazało się, że wbiegliśmy... w sam środek drugiego znaku. Powiedliśmy latarkami wzdłuż boku jednego z trójkątów, światła dotarły do głazu z wyrytym napisem, epitafium ku pamięci zmarłego w 2002 roku Davida Coyle. To ten głaz trzeba obejść trzy razy.

Przeżegnaliśmy się profilaktycznie i skierowaliśmy w stronę domu. Budynek nieźle się zachował, grube mury są niemal nienaruszone. Brakuje mu jedynie okien i drzwi. Budowla, przypominająca ni to dom, ni to kościół, budzi respekt.


Zwiedzamy dom

Hell-Fire Club na pewno nie wygląda jak jeden z typowych domów sprzed dwustu lat. Jest zupełnie inny – mówił nam na drugi dzień pytany o to taksówkarz.

Byliśmy niemal pewni, że ktoś czai się w środku, ale mężczyźni zdecydowali się obejrzeć wnętrze. W domu było osiem pokoi, jakieś materace, ślady libacji – poza tym nic ciekawego. Przede wszystkim brak ludzi.

Gdzie są ci, którzy przyjechali sześcioma autami? – zastanawialiśmy się.

My zostałyśmy na zewnątrz. W lesie dawało się zauważyć raz po raz błyski latarek, czuć było dym z ogniska. Pewnie tam byli ci ludzie od samochodów.

Szybko zrobiliśmy zdjęcia domu i nas na tle, na pamiątkę naszej wyprawy. Nie mieliśmy ochoty przedłużać bytności w tym miejscu.

Po drodze udało nam się odnaleźć komórkę Magdy, więc wróciliśmy na parking bez strat w ludziach ani sprzęcie. Na miejscu zastaliśmy już tylko nasze auto. Gdzie się podziały inne?

Zgodnie stwierdziliśmy, że fakt, iż nie trafiliśmy do domu o północy, nie był przypadkiem.

Po dwóch dniach usłyszeliśmy o czarnym kocie. – Podobno kiedyś ksiądz wszedł do klubu w samym środku odbywających się tam ciemnych praktyk. Jak relacjonował, jego uwagę przykuł duży, czarny kot, kręcący się po pomieszczeniu. O tym zwierzęciu wspominało wielu kronikarzy – mówił taksówkarz.


Morderstwa, porachunki

Pod podłogą tego domu w 1970 roku znaleziono szkielet skarlałego człowieka – dodał na deser nasz znajomy, Tomek. – Potem budynek wykorzystywany był jako miejsce mafijnych porachunków. Do domu wrzucano zamordowanych ludzi, czasami strącano ich z urwiska.

Znowu zrobiło nam się zimno. Wyprawę do „Hell-Fire Club” wszyscy uczestnicy ocenili zgodnie jako niesamowitą. To naprawdę świetne przeżycie. Spokojnych snów!

(Aneta Kubas, Polska Gazeta, 2005)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Historyczna kadencja

wtorek, 28 września 2010 12:18
Po czterech latach pracy Irlandię opuszcza Witold Sobków – ambasador RP. W czasie jego kadencji Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, Irlandia bez żadnych warunków otworzyła nam rynek pracy, a tutejsza Polonia - licząca przed czterema laty niespełna 200 osób – stanowi jedynie kroplę w populacji Polaków mieszkających i pracujących na wyspie. Jednego z ostatnich oficjalnych wywiadów na tym stanowisku ambasador udzielił dziennikarzom „Polskiej Gazety”, Anecie Antczak i Jackowi Rujnie.

Panie ambasadorze, doszły nas właśnie wieści o zmianie na stanowisku szefa rządu w Polsce. Nowym premierem został Jarosław Kaczyński. Jednocześnie byli ministrowie Spraw Zagranicznych RP wystosowali list otwarty, w którym wyrażają swoją krytyczną postawę wobec odwołania udziału prezydenta Lecha Kaczyńskiego w spotkaniu tzw. Trójkąta Weimarskiego. Jak pan zareagował na te zmiany?
- Powiedzmy sobie jasno i już na początku, że każdy ambasador, w tej liczbie oczywiście ja również, jest urzędnikiem służby cywilnej. Dlatego też jako urzędnik podległy Ministerstwu Spraw Zagranicznych nie mogę się oficjalnie wypowiadać na temat tych zmian i wydarzeń. Nikt ode mnie tego nie może oczekiwać, bo to zwyczajnie nie leży w zakresie moich kompetencji. Ambasadorowie RP nie komentują w mediach zmian w rządzie czy prowadzenia polityki zagranicznej. To zrozumiałe tak jak i to, że ambasador nie może należeć do żadnej partii. Oczywiście mam swoje sympatie polityczne i swoje zdanie; ale jedno i drugie zakreślone jest ramami prywatności.

- Nie będzie przesadą, jeśli nazwiemy Pana ambasadorem „historycznym”. Od początku pańskiego pobytu na Wyspie zmieniło się naprawdę wiele. Polacy „opanowali” Irlandię, na ulicach na każdym kroku słychać polską mowę, jest nas tu naprawdę wielu. Polacy w oczach Irlandczyków są już konkretnymi ludźmi z ich zaletami i wadami, a nie anonimowym tłumem mieszkającym gdzieś na wschodzie, nad Wisłą czy Wołgą…, dokładnie zresztą nie było wiadomo gdzie...
- Wszystko to się zgadza. Aby podsumować te zmiany warto wspomnieć o tym, że to za czasów irlandzkiej prezydencji w Unii wstąpiliśmy w jej struktury. Że Irlandia była jednym z pierwszych państw „starej Unii”, która otworzyła przed nami rynek pracy. To zresztą była jak najbardziej słuszna decyzja o czym przekonujemy się dzisiaj. Bezrobocie nie wzrosło, irlandzki produkt narodowy rośnie, Polacy się integrują z Irlandczykami, a ci ostatni mają wyłącznie dobre zdanie o pracownikach z Polski. Opinię tę wyrażają zarówno drobni pracodawcy jak i pani prezydent Irlandii Mary Mc Alisee. Zmiany dokonywały się zresztą na naszych oczach; warto powiedzieć, że w tamtych czasach konsul RP często kończył przyjmowanie interesantów w południe. Tu mieszkało 300-400 Polaków, zresztą zazwyczaj z uregulowanymi sprawami formalnymi. Następne lata, szczególnie po 1 maja 2004 roku to wielka fala polskich rezydentów i setki spraw, z którymi każdego miesiąca zwracają się do nas. Dlatego też mamy obecnie dwóch konsulów, czekamy na trzeciego i staramy się o zmianę lokalizacji. Zwyczajnie: za mało miejsca obecnie jest na Ballsbridge w kontekście wypełniania obowiązków konsularnych wobec Polaków w Irlandii.

- Jaka była rola Ambasady RP w minionych czterech latach?
- Mówiąc kolokwialnie przygotowywałem grunt pod naszą akcesję do UE. Skupiłem się na tym, by przekonać Irlandczyków, że zyskają na otwarciu się na Polaków. Przez 6 tygodni poprzedzających drugie referendum nicejskie jeździłem po całej Irlandii wraz z tutejszymi politykami, przekonywałem do nas, poznałem mnóstwo nowych ludzi; posłów i senatorów, którzy zresztą w większości są członkami założonej na początku 2005 roku „Parliamentary Friendship Group with Poland”. Realizowałem zadania tzw. dyplomacji publicznej uczestnicząc w spotkaniach, udzielając wywiadów dla irlandzkich mediów; jednym słowem przedstawiając Polskę rzetelnie i kompleksowo. Ważnym dla mnie dokonaniem były działania o przeniesienie katedry j. polskiego z Departamentu Studiów Rosyjskich Trinity University i uznanie go za szósty oficjalny język Wspólnoty. Wypada też wspomnieć o tym, że dzięki pracy Ambasady tak dobrze i skutecznie funkcjonują linie lotnicze na trasie Irlandia – Polska. Sprawą już na początku bardzo poważnie zainteresował się Ryanair oraz LOT. Nasz przewoźnik uznał naszą sugestię – sugestię stworzenia stałych połączeń z Dublinem – za słuszną i w tym celu „zamieniono” Lizbonę na Dublin. Osobiście bardzo się cieszę, że w Blackrock otwarto polską szkołę, gdzie trójkę nauczycieli oraz wydatki na czynsz finansuje Ministerstwo Edukacji Narodowej. To pierwsze kroki, ale dzięki nim widać w którą stronę zmierzały wysiłki Ambasady RP.

- Odjeżdża Pan do Polski. Niebawem w Dublinie pojawi się nowy ambasador Tadeusz Szumowski…
- Oczywiście kontaktowałem się z nowym ambasadorem; pan Szumowski jest świadomy zadań, które stoją przed nim. W mojej opinii jedną z najpilniejszych spraw będzie powołanie Centrum Polskiego. Poza tym nie zapominajmy, że w przyszłym roku w Irlandii odbędą się wybory parlamentarne. Trzeba bardzo uważnie śledzić politykę wewnętrzną na Wyspie; pozostająca dziś w mniejszości Partia Pracy niedawno zasłynęła projektami o wprowadzeniu pozwoleń na pracę dla między innymi Polaków. Może się zdarzyć, że wejdzie do rządzącej koalicji. Podczas kampanii wyborczej tego typu głosy mogą pojawić się znowu. Podobnie zresztą jak i – inaczej już nas interesująca - dyskusja o obronności Irlandii. Celowym wydaje się również powołanie funduszu pomagającego Polakom w nagłych przypadkach losowych. Zdarzają się nieszczęśliwe przypadki śmierci naszych rodaków w Irlandii. Często ich rodzin zwyczajnie nie stać na sprowadzenie zwłok do Polski. Podobnie jest z przypadkami ludzi pozostających w powypadkowej śpiączce. Koszt transportu do Polski to kilkanaście tysięcy euro. Takimi przypadkami powinien zająć się wspomniany fundusz, który – w mojej opinii – powinien wypracować systemowe rozwiązania w takich przypadkach.

- Wielu Polaków mieszkających i pracujących w Irlandii Północnej szuka pomocy i interwencji właśnie w polskiej placówce w Dublinie. Co w takich przypadkach robi Ballsbridge?
- To kolejna sprawa, z którą może trzeba byłoby coś zrobić. Ale trzeba też pamiętać, że Irlandia Północna jest innym państwem i nie możemy interweniować w żadnej ze spraw, do której doszło na Północy. Informujemy zazwyczaj, że najbliższą placówką jest Edynburg i Londyn i właśnie to są odpowiednie adresy w takich sprawach. Nie przeskoczymy tego sami w żadnym przypadku.

- Wypada zapytać Pana o dalsze zawodowe plany…
- Dobrym zwyczajem w MSZ-ie jest to, że powracający do Polski ambasador od dwóch do czterech lat pracuje zazwyczaj w ministerstwie. Najprawdopodobniej tak właśnie stanie się ze mną; do końca lipca zamykam swoje sprawy w Dublinie, a potem będę już bezpośrednio do dyspozycji szefa polskiej dyplomacji. Będę przyzwyczajał się do prawostronnego ruchu na drogach i pojedynczego kranu w łazience.

Powodzenia w Polsce.
Dziękuję i pozdrawiam wszystkich Polaków na Wyspie. Im też dziękuję i wierzę, że nie wstydzili się za mnie tak jak i ja nie miałem okazji, by wstydzić się za któregokolwiek z nich.
(Polska Gazeta, 2006)
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Przepadli z kretesem

wtorek, 28 września 2010 12:04

 Z Tadeuszem Drozdą o emigracji, golfie i sztuce scenicznej rozmawiała w piątek przed występem w satyryka w Dublinie, Aneta Antczak

Aneta Antczak: Z polski wyjechało do Irlandii już ponad sto tysięcy osób w sile wieku. Mówi się, że po otwarciu rynków pracy kolejnych krajów unijnych wyjedzie miliom młodych wykształconych ludzi…

Tadeusz Drozda: Hm, w Polsce moim zdaniem nie widać jakoś zjawiska „odpływu krwi”. Myślę, że tutaj macie bardzo specyficzny sposób patrzenia na ten problem. W skali kraju to jednak niewielka grupa. Osobiście podziwiam ludzi, którzy wyemigrowali za to, że zdecydowali się na taki krok. Cóż młodzi ludzie korzystają po prostu z okazji.

Czy Pan lub ktoś z Pana otoczenia emigrował?
Nie znam nikogo kto by pojechał za pracą do Irlandii. Za mojej młodości popularne było wyjeżdżanie do Stanów. Ja sam pracowałem za czasów studenckich w NRD. Właściwe to przetarłem szlaki wyjazdów studentów do Niemiec. Na drugim roku pracowałem tam jako kelner, później zdobyłem kontakt do firmy zbożowej. Szef potem błogosławił chwilę, w której do niego trafiłem. Przez kolejne cztery lata dzięki temu kontaktowi wyjechało do pracy w tej firmie tysiące studentów. Facet miał kolejne cztery kampanie zbożowe z głowy. Niestety, sprawa się rypła przez dziennikarza z ówczesnego wrocławskiej „Gazety Robotniczej”. Napisał, że jak to, polscy studenci studenci wyjeżdżają na roboty do Niemiec?

Pierwsze wrażenia z wizyty w Irlandii?
W Dublinie jestem pierwszy raz i to przedostatnia stolica w Europie, jaka została mi do zaliczenia. Jeszcze tylko Tirana w Albanii. Nic mnie nie zaskoczyło tutaj i pewnie nie zaskoczy, bo w bywałem dziesiątki razy w Anglii, a to prawie to samo.
Tak się jakoś składa , że jeżdżę za Polakami, tam gdzie oni, tam ja. I tak przyszedł czas na Irlandię.

Jest Pan zapalonym golfistą? Szykuje się Pan na tutejsze pola golfowe?
Może w weekend się wybiorę, ale obawiam się, że będą raczej zajęte miejsca. Nie to, co w Polsce. Tam jednak ten sport jest wciąż mało popularny i pola są pustawe. To prawdziwy raj golfowy… Obcokrajowcy jeszcze o tym nie wiedzą. A choćby ostatnio otworzone zostały wspaniałe tereny w Krakowie i Częstochowie. Światowa klasa!

Czy na występ dla polskich Irlandczyków przygotował Pan coś specjalnego?
Moje wszystkie występy od 35 lat są improwizowane. Po prostu wychodzę na scenę, patrzę na ludzi i już wiem, co mówić. Dopinguje mnie strach przed publicznością. Zawsze improwizuję i nie inaczej będzie w Dublinie.

To chętnie zobaczymy jutro jak się Pan trzęsie na scenie.
Zapraszam
(Polska Gazeta, 2006)

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Tylko publiczności szkoda

wtorek, 28 września 2010 11:53
ANETA ANTCZAK: Kiedy zobaczyłam Twój występ z Bajmem podczas dziesięciolecia „Szansy na sukces” dwa lata temu, pomyślałam, że śpiewasz dokładnie tak jak Beata Kozidrak. Dla mojego niewyuczonego ucha Twój głos brzmiał identycznie, jak jej. Jak zareagowała Beata na Twoje popisy wokalne, czy widząc młodą, zdolną dziewczynę, powiedziała: pomogę Ci się przebić?
BEATA WALD: Miałam szczęście, bo trafiłam dokładnie w barwę mojego głosu. Beata była dla mnie cały czas miła, ale nie wiem, co myślała prywatnie.
Jednak jej mąż, Andrzej Pietras, postawił od początku sprawę jasno. Powiedział, że nie mam co liczyć na ich pomoc, że muszą dbać o swoje interesy. Niepotrzebnie to mówił, bo i tak nie zamierzałam ich prosić o pomoc. Byłoby mi głupio.
AA: Gdyby jednak Beacie coś się, odpukać, stało, pewnie byłabyś pierwszą kandydatką na jej następczynię. Zdarzają się sytuacje, gdy zespoły szukają nowych wokalistów przez „Szansę”. Ostatnio, na przykład, Blue Cafe.
BW: Naprawdę? Kto wygrał?
AA: Dominika Gawęda, na casting przyszło podobno 500 osób.
BW: Tak myślałam, że zrobią casting. Cóż, życzę jej jak najlepiej. Gdyby Bajm szukał nowej wokalistki? Ciężko bym się zastanawiała, ale chyba bym się zdecydowała.

AA: Czy uważasz, że wykorzystałaś dobrze swoje „5 minut” po zwycięstwie w „Szansie”?  Moi znajomi, zespół „Cudowny Czwartek” z Poznania, wygrali Festiwal Piosenki Studenckiej w Krakowie. Niewielka wytwórnia zaproponowała im wydanie płyty. Chłopaki nie zgodzili się, bo byli pewni, że zgłosi się do nich jakiś bardziej znaczący producent. Nie zgłosił się…
BW: To i tak szczęście, że ktoś ich chciał nagrywać. Mi tego nikt nie zaproponował. Nie wiem, czy w Polsce w ogóle można się wybić, zaistnieć bez pieniędzy i pleców. Ja zrobiłam wszystko co w mojej mocy, żeby się wybić. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Przeszłam z moim demo wszystkie duże wytwórnie i wiele mniejszych. Poznałam liczących się ludzi w środowisku. Niestety, jeśli ludzie w Polsce nie widzą dla siebie interesu, to nie kiwną palcem.
Jestem pewne, że gdyby stacje radiowe promowały moje piosenki, to na 89 procent stałyby się one przebojami. Niestety, nie miałam pieniędzy na nagranie profesjonalnej płyty. To błędne koło. Może by mnie promowali, gdybym im zapłaciła, a mnie na to nie było stać.
AA: Masz dopiero 22 lata, ale sporo już przeszłaś. Jesteś dojrzała dziewczyną.
BW: Rzeczywiście, jestem dojrzała nad wiek. Głupio tak mówić, ale z moimi rówieśnikami nie ma po prostu o czym rozmawiać. Wybacz, ale nie interesują mnie tematy typu jakie majtki sobie kto kupił, czy gdzie kogoś pocałował chłopak. Podczas takich pogaduch tylko się uśmiecham uprzejmie. Mam ważniejsze tematy przemyśleń.
Myślę, że ma na to wpływ moja przeszłość. Ciężkie warunki, w jakich się wychowywałam. Pochodzę ze wsi, gdzie życie nie jest łatwe. Rodzice nie mieli zbyt wiele pieniędzy. Od 16 roku życia utrzymuję się sama.
Udało mi się skończyć liceum, w tym roku uzyskałam tytuł licencjata z polonistyki w Wyższej Szkole Humanistycznej w Pułtusku.
AA: Od miesiąca jesteś w Dublinie.
BM: Pomyślałam, ze może tutaj uda mi się coś osiągnąć. Jeśli włożę w to tyle samo energii co w Polsce, to na pewno mi się uda. To mniejszy kraj, może i konkurencja mniejsza. Już przez ten miesiąc sporo zrobiłam, miałam kilka występów.
AA: Pracujesz?
BW: Na razie muszę zarabiać na utrzymanie sprzątaniem w hotelu. Cóż, wszystkie drogi do osiągnięcia wymarzonego celu są dobre. Dzięki temu będę lepiej rozumiała problemy ludzi. No i nie uderzy mi do głowy woda sodowa. A jeśli mi zaszumi, to najwyżej walnę się mopem w głowę.
A tak na poważnie, a propos tej wody sodowej, to uważam, że ja jestem dla publiczności a nie odwrotnie. Bez nich mnie nie ma. Jestem po to, by służyć ludziom.
AA: Wrócisz do kraju?
BW: Nie chce tam wracać. Nie chce mi się dalej bić głową w mur, bawić się w Don Kichota. Nie sadzę, żeby w Polsce coś się zmieniło na lepsze. Jestem zbyt młoda, żeby tracić energie i siły na walkę z wiatrakami.
W Irlandii mi się podoba i tu chciałabym mieszkać, żyć. Mam nadzieję, że Irlandczycy mnie zaakceptują.
Tylko szkoda mi publiczności, którą zostawiłam. Oni nie są niczemu winni. I mamy mi szkoda, bardzo za mną tęskni.  

Beata Walt jest laureatką roczną „Szansy na sukces” z 2002 roku i dziesięciolecia programu.
(Polska Gazeta, 2006)
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 19 października 2017

Licznik odwiedzin:  83 406  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Od 2005 roku, czyli właściwie początków boomu imigracyjnego w Irlandii, pracuję w różnych polskich gazetach w Dublinie. Cały czas na bieżąco śledzę życie Polonii. Zapraszam do zapoznania się z nim.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 83406

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl