Bloog Wirtualna Polska
Są 1 259 903 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Klinika na kółkach, czyli wyprowadzenie plagi z miasta

poniedziałek, 11 października 2010 14:26

Wyprowadzenie uzależnionych z centrum Dublina jest jednym z ważniejszych założeń strategii narodowej walki z narkotykami. Instytucja zajmujaca się zdrowiem publicznym, Health Service Executive,opracowała projekt założenia punktów wydawania metadonu (leczniczy substytut heroiny) w centrum stolicy. Pomysł ten wywołał wiele kontrowersji. Prezydent miasta chciałby, aby skorzystać z wzorców innych europejskich miast, gdzie ruchome punkty wydają leki w miejscach, w których żyją i zbierają się narkomani. Mieszkańcy przedmieść z kolei protestują przeciwko takiemu rozwiązaniu, bojąc się o bezpieczeństwo.

Obecnie w centrum stolicy żyje wielu uzależnionych, którzy często jednocześnie są bezdomni i utrzymują się z żebractwa. Większość noclegowni i punktów pomocy uzależnionym mieści się w Dublinie 1, na północ od rzeki Liffey.

Podczas konferencji poświęconej przyszłości biznesu w stolicy, prezydent Gerry Brren powiedział, że HSE powinno zapoznać się z wzorcami europejskimi. W niektórych stolicach leki wydawane są uzależnionym z wędrownych punktów. Używane są do tego celu także apteki na przedmieściach.

Włodarz oskarżył jednocześnie rząd o przeciąganie wprowadzenia nowego prawa, podobnego do funkcjonujacego od czasów Wielkiego Głodu, umożliwiającego usuwanie z ulic żebraków. W 2007 roku przepis pozwalajacy na karanie jałmużników pozbawieniem wolności do miesiąca został obalony przez Sąd Najwyższy, jako niezgodny z konstytucją.

Zdaniem prezydenta, powinny zostać także zmienione zasady kwaterowania bezdomnych. Obecnie mają oni zapewniony dach nad głową w hostelach i B&B w centrum Dublina. Zgodnie z zasadami panującymi w takich domach, mieszkańcy rano muszą je opuszczać.

"W ciągu dnia ci ludzie nie mają gdzie się podziać, dlatego włóczą sie po ulicach i żebrzą" – powiedział prezydent. I zasugerował, że na przedmieściach, typu Dun Laoghaire, problemu z bezdomnością nie ma.

Kima na komisariacie

Pomysł przeniesienia punktów pomocy dla uzależnionych spotyka się z silnym sprzeciwem lokalnych radnych. Podczas konferenci Breen przekonywał: "Od 30 do 40 procent dochodu urzędów stanowią podatki od handlu".

Tymczasem, w okolicach najbardziej ruchliwych centrów handlowych i atrakcji turystycznych w najlepsze trwa handel narkotykami i żebractwo. Tymczasem policja nie ma prawa ich usuwania. Co ciekawe, dochodzi do tego, że bezdomni nocują na posterunkach policji – tak jest na przykład na Pearse Street w Dublinie 1. W ciągu dnia zmorą policjantów i przechodniaów są drobni złodziejaszkowie. W okolicach komisariatu przy Store Street, na przykład, liczba napadów rabunkowych wzrosła w pierwszym kwartale tego roku o 300 w porónaniu do tego samego okresu w 2009.

Lokalni politycy, szczególnie z Dun Laoghaire, zareaowali na plany założenia klinik na ich obszarze zdecydowanym sprzeciwem. Wiceprzewodniczący stowrzyszenia Dun Laoghaire Business Association, Dan McManus, wyraził to dobitnie: "Jeżeli w centrum naszego miasteczka powstaną punkty pomocy dla narkomanów – to będzie pocałunek śmierci. W centrum Dublina jest o wiele więcej możliwości niż u nas. Jestem pewien, że przyjeżdżać będą do nas narkomani aż z hrabstwa Wicklow. A turyści na pewno nie zechcą zwiedzać miasteczka opanowanego przez punkty wydawania metadonu."

Dyrektorka lokalnej szkoły i radna, Mary Mitchell-O'Connor wyraziła obawy o to, jak stworzenie takiej poradni wpłynie na bezpieczeństwo dzieci, a także lokalne interesy.

"Tylko nieliczni rodzice zdecydują się robić zakupy w Dun Laoghaire, a już na pewno nie pozwolą dzieciom samodzielnie wybierać sie do miasteczka" – powiedziała.

Radna podkreśliła, że w Dun Laoghaire zamkniętych zostało około 68 sklepów, a uruchomienie poradni jeszcze pogorszy sytuację.


W XIX wieku, w Irlandii została wprowadzona Ustawa o Włóczęgostwie. W jej myśl, ten kto żebrze w publicnzym miejscu, na ulicy, czy chodniku podlega karze do miesiąca pozbawienia wolności. W roku 2007 została ona zniesiona przez Sąd Najwyższy jako łamiącą gwarantowane konstytucją prawo do swobody zachowania i wypowiedzi. Zdaniem sądu, dyskryminuje ona ludzi biednych. Ustawa zostałą wprowadzona w czasie Wielkiego Głodu.

Rząd planuje mimo wszytsko przywrócenie kary, tym razemw w postaci maksymalnej grzywny 700 euro lub miesiaca więzienia. Minister sprawiedliwości Dermot Ahern jest zdania, że taki krok jest konieczny, gdyż w kraju grasuje coraz więcej profesjonalnych gangów żebraków, także wykorzystujących dzieci do tego procederu.

(Polska Times, 09/2010)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Twarda zapałka

poniedziałek, 27 września 2010 18:34

Życie i losy Krzysztofa Romanowskiego mogłyby posłużyć za podstawę scenariusza dobrego filmu. Filmu o starej dobrej łódzkiej „Filmówce” – z Romanem Polańskim i Antonim Bohdziewiczem, o komunie, Solidarności i emigracji za Żelazną Kurtynę. Operator filmowy wyklęty z zawodu przez władze komunistyczne, zawsze jednak blisko najważniejszych wydarzeń. Człowiek z zacięciem i prawdziwą miłością do sztuki.

Krzysztof Romanowski miał szczęście studiować na Wyższej Szkole Filmowej i Teatralnej w Łodzi, we wspaniałym okresie – latach pięćdziesiątych. Czasie rodzącego się w Polsce jazzu, kabaretów studenckich, lekkiej odwilży, w momencie zmiany pokoleń. Należał do generacji ludzi, którzy żyli z kompleksem wojny. Byli zbyt młodzi, aby jak ich starsi bracia, walczyć za ojczyznę. Przyszło im dojrzewać już w „wolnej” Polsce. Pod komunistycznym reżimem, dławiącą cenzurą, starali się jednak pokazać swoją wartość.

 

 

Pechowe „Tortury”

Pan Krzysztof przeniósł się do „Filmówki” wprost z Wyższej Szkoły Plastycznej w Gdańsku. Na uczelni przyjaźnił się między innymi z Romanem Polańskim. Razem z nim zrobił swój film absolutoryjny pod tytułem „Lampa”. Pracą dyplomową Romanowskiego był z kolei obraz pełnometrażowy „Tortury”. Zagrali w nim między innymi Emilian Karewicz (znany z roli Jagiełły w „Krzyżakach”, czy Brunona w „Stawce większej niż życie”) i Leon Niemczyk. Film się spodobał i Krzysztof Zanussi wybrał go jako jeden z czołowych obrazów do Festiwalu Filmów Studenckich. „Tortury” przyniosły jednak pecha jego twórcom. – Antoni Bohdziewicz, opiekun pracy od strony reżyserskiej, uznał, że film jest tak dobry, iż nadaje się na ekrany. Przedstawił go komisji zakupu filmów Telewizji Polskiej. Film był dobry, a przy tym taniutki, został wiec chętnie zakupiony. Niestety, jednemu z członków komisji coś się nie spodobało. Pokazał go generałowi Moczarowi. Ten uznał, że obraz jest szytą cienkimi nićmi prowokacją polityczną. Na drugi dzień po tym reżyser, Bułgar Wasyl Milczew, został zatrzymany na ulicy i deportowany, a mi wydano zakaz wykonywania zawodu – wspomina z rozgoryczeniem pan Krzysztof. – W jednym momencie straciłem stypendium i miejsce w akademiku, a państwo wyrzuciło w błoto pieniądze, które wydało na moje wykształcenie. Za pięć lat mojego studiowania można było spokojnie wyprodukować film pełnometrażowy. Do czasu zakończenia zdjęć do filmu absolutoryjnego mieszkałem w studio filmowym, marznąc niemiłosiernie. Po ukończeniu obrazu wyjechałem do Gdyni, gdzie zostałem przyjęty do pracy w Marynarce Wojennej.

 

Wyklęty w marynarce

Wyklęty operator przez cztery lata kręcił materiały dla wojska oraz prowadził wykłady na temat fotografii i filmu. Później otrzymał propozycję pracy dla Stoczni Gdańskiej, w nowo otwartym Studio Filmów Przemysłowych. – To była głupota. Po dziewięciu miesiącach wywęszyli mnie. Zostałem wyrzucony bez podania żadnego powodu. W marynarce byłem chroniony przez wojsko i policja nie mogła się wtrącać. Z moją przeszłością, wyjście spod takich „skrzydeł” było błędem – tłumaczy nasz rozmówca.

Po jakimś czasie udało się jednak panu Krzysztofowi znaleźć pracę w PAN, w instytucie budownictwa wodnego. Znów kręcił filmy przemysłowe. Gdy jednak doszła do niego wiadomość o powstającym w Krakowie nowym ośrodku Telewizji Polskiej, nie zastanawiał się długo. Udał się do redakcji, gdzie okazało się, że zastępcą redaktora naczelnego jest Stanisław Zajączkowski, kolega Romanowskiego z akademika. – Brakowało im filmowców, ponieważ był to sławetny rok 68, w którym po Marcu większość ludzi z branży została wyrzucona z kraju. Zostałem przyjęty na stanowisko operatora. Jednak wieść o zakazie wykonywania zawodu dotarła do szefostwa i w sumie nie przepracowałem ani jednego dnia za kamerą. Zacząłem pracować jako montażysta i tak już zostało przez jedenaście lat. To były dobre czasy. Czuć było, że coś zaczyna pękać. Filmy były trochę inne, bardziej śmiałe, podziemne. Studenci politechniki i uniwersytetu zaczęli robić krecią robotę przeciwko komunie. Montowałem dla nich filmy i czułem, że coś się zmienia – wspomina filmowiec.

 

Szczyt bezczelności

Był to również przełomowy okres dla Romanowskiego. – Dostałem zaproszenie od dalekiej krewnej, która mieszkała w Oxfordzie. Nie wiem, jakim cudem dostałem paszport, ale udało się. Na dodatek dowiedziałem się, że w tym samym czasie w Irlandii będzie Papież. Postanowiłem, że na tydzień pojadę na Zieloną Wyspę i nakręcę film o wizycie Jana Pawła II. Był to pomysł znowu szalony, ale udało się. Wtedy zrobiłem rzecz, która była szczytem bezczelności. Wysłałem korespondencję z wizyty Ojca Świętego do Krakowa. I już nie miałem po co wracać do kraju. Dostałem zakaz wjazdu – śmieje się pan Krzysztof.

Nasz rozmówca postanowił zostać w Irlandii. Początkowo remontował domy. Przełomem był dla niego pewien przegląd filmów Irlandzkich, w którym wziął udział jako widz.

Pokaz trwał całą dobę, niektórzy przysypiali, ale mnie cały czas siedziałem z buzią otwartą z wrażenia. Oglądałem filmy reżyserów, na których uczyłem się w „Filmówce”. Po projekcjach odbyło się seminarium, na którym zabrałem głos. Moja wypowiedź zainteresowała pewnego prawnika. Podszedł do mnie po przeglądzie i zaproponował wspólne robienie filmów. Zgodziłem się. Z tej współpracy powstało dziesięć filmów na taśmie video. Za pracę operatorską i montażysty dostawałem 9.5 funta na godzinę. 9.5 funta zarabiałem w Polsce w miesiąc! Po dwóch latach mogłam wreszcie sprowadzić żonę do siebie. Kupiła bilet na 15 grudnia 1981 roku. Niestety, nie dojechała do mnie, 13 wybuchł Stan Wojenny. To był koszmar. Żona działała w Solidarności. Przez 3 miesiące nie miałem od niej żadnej wiadomości. Byłem pewien, że jest aresztowana. Ale udało jej się jednak spokojnie przetrwać Grudzień. Cały czas starała się o paszport, lecz dostała go dopiero 4,5 roku po moim wyjeździe – opowiada nasz rozmówca.

 

Starzała w dziesiątkę

W tym czasie Krzysztof Romanowski pracował już jako fotoreporter w irlandzkich czasopismach, wykładał na collegu.

Po przyjeździe żona zaczęła nakłaniać Romanowskiego, by powrócił do pracy za kamerą. Wspólnie zrealizowali film „Strzała”.

Był to film zrobiony z pudełka zapałek. Pokazywał pochód 1-majowy, w którym maszerowały zapałki. W pewnym monecie jedna się wyłamała z szeregu. Inne próbowały ją zagonić z powrotem, aż wreszcie ją złamały. Zapałka zmieniła się w strzałę, za która poszły inne – opowiada Romanowski. Małżeństwo pokazało film na międzynarodowym festiwalu filmów Cork. Tam został zauważony przez amerykańskiego producenta filmów Allana Guesta. Mężczyzna nosił się z zamiarem uruchomienia wytwórni filmowej w Irlandii. Zaproponował Romanowskiemu pracę u siebie. Później do zespołu dołączyła żona pana Krzysztofa. Otrzymała etat malarki. W wytwórni przez siedem lat powstawały filmy animowane, które kupowała głównie irlandzka telewizja, ale także i inne – nawet polska. W 1992 roku firma została zamknięta. – Przedsięwzięcie okazało się nieopłacalne. Wyparły nas produkcje z Dalekiego Wschodu. Jednak pod względem artystycznym inwestycja była jak najbardziej udana – zapewnia pan Krzysztof.

Dziesięć lat temu Krzysztof Romanowski ciężko zachorował. Nie może pracować w zawodzie, jednak nie dał się zepchnąć na boczne tory. – Jestem korespondentem radiowym. Występuję jako Krzysztof z Irlandii. To niezwykłe uczucie, że słuchają mnie miliony ludzi. To nieprawdopodobne. Dostaję wciąż listy, książki z dedykacjami, pocztówki. Słuchacze o mnie myślą i modlą się o mój powrót do zdrowia – dodaje nasz rozmówca.

(Polska Gazeta, 2005)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pogoda na dzieci

poniedziałek, 27 września 2010 18:28

Gdybyśmy zostali w Polsce, nigdy nie zdecydowalibyśmy się na dziecko” – mówi Joanna, matka dziewięciomiesięcznej córeczki, „Musieliśmy wyjechać, bo nie było z czego utrzymać trójki dzieci” – żali się Karina. Polacy wyjeżdżają z kraju, by w Irlandii założyć rodziny, żeby tutaj zapewnić potomstwu lepszy byt. To emigracja typowo zarobkowa, można zarazem powiedzieć – prorodzinna.

 

Joanna ma 31 lat. Ze swoim chłopakiem jest od kilku lat. W rodzinnym mieście, Opolu, pracowała jako sprzedawczyni. Niestety, podzieliła los podobny do wielu rodaków – została zwolniona. Przez osiem miesięcy razem z narzeczonym, Darkiem, siedzieli w domu bez pracy. – Siostra Darka wyjechała do Irlandii. Udało jej się jako tako urządzić i zaczęła namawiać nas, żebyśmy też wyjechali. Uznaliśmy, że to dla nas jedyna szansa na normalne życie. Nie wahaliśmy się długo. Tym bardziej, że nie jechaliśmy w ciemno. Zatrzymaliśmy się u siostry i jej chłopaka. Potem ona pomogła mi szukać pracy – wspomina Asia.

Kobieta postawiła na sprzątanie. Rozlepiła około 300 ulotek, w których oferowała swoje usługi. – Pierwsza kobieta odezwała się po dwóch tygodniach. Zaczęłam u niej sprzątać. Potem ta pani poleciła mnie swoim znajomym. Z tych prac dało się już utrzymać. W tym czasie mój chłopak został przyjęty na budowę – opowiada Joanna.

Parze po miesiącu udało się wyprowadzić od siostry Darka, wynajęli studio. Zarabiając dwie podstawowe pensje mogli zacząć starać się o upragnione dziecko. Wkrótce Joanna zaszła w ciążę. Pracowała, dopóki jej stan na to pozwalał.

W sierpniu, odpowiednio wcześniej przed spodziewaną datą porodu, wróciłam do Polski. W kraju byłam do sierpnia tego roku. Mimo, że chłopak przysyłał mi pieniądze na utrzymanie, powróciły lęki sprzed wyjazdu. Liczyłam pieniądze, zastanawiałam się, czy wystarczy mi do „pierwszego”. Trudno mi było się przestawić na polskie warunki, na to że ludzie wciąż liczą każdy grosz, że narzekają. Ja nie żyłam najgorzej, na szczęście miałam dopływ pieniędzy z Irlandii – opowiada Asia.

Joanna zaczęła się przekonywać, ile kosztuje utrzymanie dziecka i z przerażeniem myślała o tym, co by było, gdyby w sytuacji sprzed dwóch lat miała urodzić. – Jako samotnej matce przysługiwałby mi zasiłek z opieki społecznej 213 złotych. Zresztą tym bym się długo nie nacieszyła, bo od września przepisy w Polsce się zmieniły i musiałabym podać ojca dziecka o alimenty do sądu i w przypadku ewentualnej nieściągalności, przyznano by mi po dwóch rozprawach pieniądze z funduszu alimentacyjnego.

Teraz Joanna jest w Dublinie, cała trójka utrzymuje się z jednej pensji. – Nie opływamy w dostatki, ale wystarcza nam na jedzenie, czynsz, ubranka dla dziecka, jakieś zabawki. Staram się jeszcze o zasiłek rodzinny na Zuzankę i z tytułu samotnego wychowywania dziecka, ale na razie nie mam odpowiedzi z Social Welfare – wzdycha Asia.

Świeżo upieczona mama chciałaby jak najszybciej wrócić do pracy. – Myślę, ze za dwa miesiące mi się to uda. Tymczasem chciałabym połączyć opiekę nad własnym dzieckiem z zajmowaniem się cudzymi pociechami. Ogłaszam się w POLSKIEJ GAZECIE i mam nadzieję, że ktoś się zgłosi – mówi Joanna.

Adam Flis żył w Polsce przez dwa lata z żoną, z pensji żołnierza zawodowego. Mieszkali kątem u rodziców. – Z tego co zarobiłem wystarczało na podstawowe potrzeby, ale nie było mowy o odkładaniu czegoś na przyszłość. Czasami trzeba było wręcz ratować się pożyczkami od znajomych. Moim największym marzeniem było dziecko, jednak w tamtych warunkach nie było na to szans – mówi 22-letni Adam.

Małżeństwo Flisów zdecydowało się na wyjazd do Irlandii. Po dwóch tygodniach Ilona znalazła pracę w jednej z sieci fast food’ów. Adam pracował najpierw w hurtowni mrożonek, potem dostał pracę tam gdzie żona. Okazało się, że Ilona jest w ciąży. – Podjąłem decyzję, że żona wróci do Polski, tam urodzi i wróci do Dublina po pół roku. Pracuję po siedem dni w tygodniu. Posyłam żonie pieniądze, chcę żeby było jej jak najlepiej – zapewnia Adam.

Mężczyzna deklaruje, że zostanie w Irlandii co najmniej kilka lat. Tu pośle dziecko do przedszkola. – Nauczy się dobrze angielskiego. Na pewno będzie miało lepiej w życiu – mówi z przekonaniem.

Karina przywiozła z mężem do Irlandii trójkę dzieci. W Polsce zajmowali się handlem na giełdzie warzywnej. – Na początku szło nieźle, nawet coś odkładaliśmy. Ale po ośmiu latach popsuło się. Dochody były coraz mniejsze, potem musieliśmy dokładać do interesu z zaskórniaków. Wreszcie nie wytrzymaliśmy, pożyczyliśmy pieniądze i ruszyliśmy do Irlandii. Mąż dostał pracę na budowie, ja sprzątałam na dyskotece – wspomina 28-letnia Karina. – po dwóch miesiącach oddaliśmy długi, a nawet kupiliśmy samochód. Dzieci poszły do szkoły. Wszystko odwróciło się o 180 stopni. Stać nas na utrzymanie dwupokojowego mieszkania, mamy na zabawki dla dzieci, lepsze jedzenie, ubrania. Nie liczę każdego centa. Stać mnie na kosmetyki, solarium i inne przyjemności. W Polsce wynajmowaliśmy mieszkanie. Wydatki przewyższały nasze możliwości. Nigdy nie uskładalibyśmy na własne lokum. A tu liczę, że nam się uda – dodaje.

Karina deklaruje, że chce zostać w Irlandii jak najdłużej. Zadowolona jest, że dzieci mogą uczyć się w irlandzkiej szkole, która jej zdaniem, daje lepsze szanse na przyszłość.

Choć wszyscy nasi rozmówcy zgodnie stwierdzają, że w Irlandii łatwiej jest zapewnić potomstwu godziwy byt i dobry start w przyszłość, nie ukrywają, że chcą wrócić do ojczyzny. – Jeśli tylko w Polsce się polepszy, na pewno wrócimy. Na razie jednak żyjemy z dnia na dzień. Póki jest praca, nie ruszamy się stąd – zgodnie deklarują. Czyżby miało się potwierdzić przysłowie – Tam ojczyzna, gdzie chleb?

(Polska Gazeta, 2005)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

sobota, 22 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  82 316  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O moim bloogu

Od 2005 roku, czyli właściwie początków boomu imigracyjnego w Irlandii, pracuję w różnych polskich gazetach w Dublinie. Cały czas na bieżąco śledzę życie Polonii. Zapraszam do zapoznania się z nim.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 82316

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl