Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 837 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Historyczna kadencja

wtorek, 28 września 2010 12:18
Po czterech latach pracy Irlandię opuszcza Witold Sobków – ambasador RP. W czasie jego kadencji Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, Irlandia bez żadnych warunków otworzyła nam rynek pracy, a tutejsza Polonia - licząca przed czterema laty niespełna 200 osób – stanowi jedynie kroplę w populacji Polaków mieszkających i pracujących na wyspie. Jednego z ostatnich oficjalnych wywiadów na tym stanowisku ambasador udzielił dziennikarzom „Polskiej Gazety”, Anecie Antczak i Jackowi Rujnie.

Panie ambasadorze, doszły nas właśnie wieści o zmianie na stanowisku szefa rządu w Polsce. Nowym premierem został Jarosław Kaczyński. Jednocześnie byli ministrowie Spraw Zagranicznych RP wystosowali list otwarty, w którym wyrażają swoją krytyczną postawę wobec odwołania udziału prezydenta Lecha Kaczyńskiego w spotkaniu tzw. Trójkąta Weimarskiego. Jak pan zareagował na te zmiany?
- Powiedzmy sobie jasno i już na początku, że każdy ambasador, w tej liczbie oczywiście ja również, jest urzędnikiem służby cywilnej. Dlatego też jako urzędnik podległy Ministerstwu Spraw Zagranicznych nie mogę się oficjalnie wypowiadać na temat tych zmian i wydarzeń. Nikt ode mnie tego nie może oczekiwać, bo to zwyczajnie nie leży w zakresie moich kompetencji. Ambasadorowie RP nie komentują w mediach zmian w rządzie czy prowadzenia polityki zagranicznej. To zrozumiałe tak jak i to, że ambasador nie może należeć do żadnej partii. Oczywiście mam swoje sympatie polityczne i swoje zdanie; ale jedno i drugie zakreślone jest ramami prywatności.

- Nie będzie przesadą, jeśli nazwiemy Pana ambasadorem „historycznym”. Od początku pańskiego pobytu na Wyspie zmieniło się naprawdę wiele. Polacy „opanowali” Irlandię, na ulicach na każdym kroku słychać polską mowę, jest nas tu naprawdę wielu. Polacy w oczach Irlandczyków są już konkretnymi ludźmi z ich zaletami i wadami, a nie anonimowym tłumem mieszkającym gdzieś na wschodzie, nad Wisłą czy Wołgą…, dokładnie zresztą nie było wiadomo gdzie...
- Wszystko to się zgadza. Aby podsumować te zmiany warto wspomnieć o tym, że to za czasów irlandzkiej prezydencji w Unii wstąpiliśmy w jej struktury. Że Irlandia była jednym z pierwszych państw „starej Unii”, która otworzyła przed nami rynek pracy. To zresztą była jak najbardziej słuszna decyzja o czym przekonujemy się dzisiaj. Bezrobocie nie wzrosło, irlandzki produkt narodowy rośnie, Polacy się integrują z Irlandczykami, a ci ostatni mają wyłącznie dobre zdanie o pracownikach z Polski. Opinię tę wyrażają zarówno drobni pracodawcy jak i pani prezydent Irlandii Mary Mc Alisee. Zmiany dokonywały się zresztą na naszych oczach; warto powiedzieć, że w tamtych czasach konsul RP często kończył przyjmowanie interesantów w południe. Tu mieszkało 300-400 Polaków, zresztą zazwyczaj z uregulowanymi sprawami formalnymi. Następne lata, szczególnie po 1 maja 2004 roku to wielka fala polskich rezydentów i setki spraw, z którymi każdego miesiąca zwracają się do nas. Dlatego też mamy obecnie dwóch konsulów, czekamy na trzeciego i staramy się o zmianę lokalizacji. Zwyczajnie: za mało miejsca obecnie jest na Ballsbridge w kontekście wypełniania obowiązków konsularnych wobec Polaków w Irlandii.

- Jaka była rola Ambasady RP w minionych czterech latach?
- Mówiąc kolokwialnie przygotowywałem grunt pod naszą akcesję do UE. Skupiłem się na tym, by przekonać Irlandczyków, że zyskają na otwarciu się na Polaków. Przez 6 tygodni poprzedzających drugie referendum nicejskie jeździłem po całej Irlandii wraz z tutejszymi politykami, przekonywałem do nas, poznałem mnóstwo nowych ludzi; posłów i senatorów, którzy zresztą w większości są członkami założonej na początku 2005 roku „Parliamentary Friendship Group with Poland”. Realizowałem zadania tzw. dyplomacji publicznej uczestnicząc w spotkaniach, udzielając wywiadów dla irlandzkich mediów; jednym słowem przedstawiając Polskę rzetelnie i kompleksowo. Ważnym dla mnie dokonaniem były działania o przeniesienie katedry j. polskiego z Departamentu Studiów Rosyjskich Trinity University i uznanie go za szósty oficjalny język Wspólnoty. Wypada też wspomnieć o tym, że dzięki pracy Ambasady tak dobrze i skutecznie funkcjonują linie lotnicze na trasie Irlandia – Polska. Sprawą już na początku bardzo poważnie zainteresował się Ryanair oraz LOT. Nasz przewoźnik uznał naszą sugestię – sugestię stworzenia stałych połączeń z Dublinem – za słuszną i w tym celu „zamieniono” Lizbonę na Dublin. Osobiście bardzo się cieszę, że w Blackrock otwarto polską szkołę, gdzie trójkę nauczycieli oraz wydatki na czynsz finansuje Ministerstwo Edukacji Narodowej. To pierwsze kroki, ale dzięki nim widać w którą stronę zmierzały wysiłki Ambasady RP.

- Odjeżdża Pan do Polski. Niebawem w Dublinie pojawi się nowy ambasador Tadeusz Szumowski…
- Oczywiście kontaktowałem się z nowym ambasadorem; pan Szumowski jest świadomy zadań, które stoją przed nim. W mojej opinii jedną z najpilniejszych spraw będzie powołanie Centrum Polskiego. Poza tym nie zapominajmy, że w przyszłym roku w Irlandii odbędą się wybory parlamentarne. Trzeba bardzo uważnie śledzić politykę wewnętrzną na Wyspie; pozostająca dziś w mniejszości Partia Pracy niedawno zasłynęła projektami o wprowadzeniu pozwoleń na pracę dla między innymi Polaków. Może się zdarzyć, że wejdzie do rządzącej koalicji. Podczas kampanii wyborczej tego typu głosy mogą pojawić się znowu. Podobnie zresztą jak i – inaczej już nas interesująca - dyskusja o obronności Irlandii. Celowym wydaje się również powołanie funduszu pomagającego Polakom w nagłych przypadkach losowych. Zdarzają się nieszczęśliwe przypadki śmierci naszych rodaków w Irlandii. Często ich rodzin zwyczajnie nie stać na sprowadzenie zwłok do Polski. Podobnie jest z przypadkami ludzi pozostających w powypadkowej śpiączce. Koszt transportu do Polski to kilkanaście tysięcy euro. Takimi przypadkami powinien zająć się wspomniany fundusz, który – w mojej opinii – powinien wypracować systemowe rozwiązania w takich przypadkach.

- Wielu Polaków mieszkających i pracujących w Irlandii Północnej szuka pomocy i interwencji właśnie w polskiej placówce w Dublinie. Co w takich przypadkach robi Ballsbridge?
- To kolejna sprawa, z którą może trzeba byłoby coś zrobić. Ale trzeba też pamiętać, że Irlandia Północna jest innym państwem i nie możemy interweniować w żadnej ze spraw, do której doszło na Północy. Informujemy zazwyczaj, że najbliższą placówką jest Edynburg i Londyn i właśnie to są odpowiednie adresy w takich sprawach. Nie przeskoczymy tego sami w żadnym przypadku.

- Wypada zapytać Pana o dalsze zawodowe plany…
- Dobrym zwyczajem w MSZ-ie jest to, że powracający do Polski ambasador od dwóch do czterech lat pracuje zazwyczaj w ministerstwie. Najprawdopodobniej tak właśnie stanie się ze mną; do końca lipca zamykam swoje sprawy w Dublinie, a potem będę już bezpośrednio do dyspozycji szefa polskiej dyplomacji. Będę przyzwyczajał się do prawostronnego ruchu na drogach i pojedynczego kranu w łazience.

Powodzenia w Polsce.
Dziękuję i pozdrawiam wszystkich Polaków na Wyspie. Im też dziękuję i wierzę, że nie wstydzili się za mnie tak jak i ja nie miałem okazji, by wstydzić się za któregokolwiek z nich.
(Polska Gazeta, 2006)
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Przepadli z kretesem

wtorek, 28 września 2010 12:04

 Z Tadeuszem Drozdą o emigracji, golfie i sztuce scenicznej rozmawiała w piątek przed występem w satyryka w Dublinie, Aneta Antczak

Aneta Antczak: Z polski wyjechało do Irlandii już ponad sto tysięcy osób w sile wieku. Mówi się, że po otwarciu rynków pracy kolejnych krajów unijnych wyjedzie miliom młodych wykształconych ludzi…

Tadeusz Drozda: Hm, w Polsce moim zdaniem nie widać jakoś zjawiska „odpływu krwi”. Myślę, że tutaj macie bardzo specyficzny sposób patrzenia na ten problem. W skali kraju to jednak niewielka grupa. Osobiście podziwiam ludzi, którzy wyemigrowali za to, że zdecydowali się na taki krok. Cóż młodzi ludzie korzystają po prostu z okazji.

Czy Pan lub ktoś z Pana otoczenia emigrował?
Nie znam nikogo kto by pojechał za pracą do Irlandii. Za mojej młodości popularne było wyjeżdżanie do Stanów. Ja sam pracowałem za czasów studenckich w NRD. Właściwe to przetarłem szlaki wyjazdów studentów do Niemiec. Na drugim roku pracowałem tam jako kelner, później zdobyłem kontakt do firmy zbożowej. Szef potem błogosławił chwilę, w której do niego trafiłem. Przez kolejne cztery lata dzięki temu kontaktowi wyjechało do pracy w tej firmie tysiące studentów. Facet miał kolejne cztery kampanie zbożowe z głowy. Niestety, sprawa się rypła przez dziennikarza z ówczesnego wrocławskiej „Gazety Robotniczej”. Napisał, że jak to, polscy studenci studenci wyjeżdżają na roboty do Niemiec?

Pierwsze wrażenia z wizyty w Irlandii?
W Dublinie jestem pierwszy raz i to przedostatnia stolica w Europie, jaka została mi do zaliczenia. Jeszcze tylko Tirana w Albanii. Nic mnie nie zaskoczyło tutaj i pewnie nie zaskoczy, bo w bywałem dziesiątki razy w Anglii, a to prawie to samo.
Tak się jakoś składa , że jeżdżę za Polakami, tam gdzie oni, tam ja. I tak przyszedł czas na Irlandię.

Jest Pan zapalonym golfistą? Szykuje się Pan na tutejsze pola golfowe?
Może w weekend się wybiorę, ale obawiam się, że będą raczej zajęte miejsca. Nie to, co w Polsce. Tam jednak ten sport jest wciąż mało popularny i pola są pustawe. To prawdziwy raj golfowy… Obcokrajowcy jeszcze o tym nie wiedzą. A choćby ostatnio otworzone zostały wspaniałe tereny w Krakowie i Częstochowie. Światowa klasa!

Czy na występ dla polskich Irlandczyków przygotował Pan coś specjalnego?
Moje wszystkie występy od 35 lat są improwizowane. Po prostu wychodzę na scenę, patrzę na ludzi i już wiem, co mówić. Dopinguje mnie strach przed publicznością. Zawsze improwizuję i nie inaczej będzie w Dublinie.

To chętnie zobaczymy jutro jak się Pan trzęsie na scenie.
Zapraszam
(Polska Gazeta, 2006)

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Tylko publiczności szkoda

wtorek, 28 września 2010 11:53
ANETA ANTCZAK: Kiedy zobaczyłam Twój występ z Bajmem podczas dziesięciolecia „Szansy na sukces” dwa lata temu, pomyślałam, że śpiewasz dokładnie tak jak Beata Kozidrak. Dla mojego niewyuczonego ucha Twój głos brzmiał identycznie, jak jej. Jak zareagowała Beata na Twoje popisy wokalne, czy widząc młodą, zdolną dziewczynę, powiedziała: pomogę Ci się przebić?
BEATA WALD: Miałam szczęście, bo trafiłam dokładnie w barwę mojego głosu. Beata była dla mnie cały czas miła, ale nie wiem, co myślała prywatnie.
Jednak jej mąż, Andrzej Pietras, postawił od początku sprawę jasno. Powiedział, że nie mam co liczyć na ich pomoc, że muszą dbać o swoje interesy. Niepotrzebnie to mówił, bo i tak nie zamierzałam ich prosić o pomoc. Byłoby mi głupio.
AA: Gdyby jednak Beacie coś się, odpukać, stało, pewnie byłabyś pierwszą kandydatką na jej następczynię. Zdarzają się sytuacje, gdy zespoły szukają nowych wokalistów przez „Szansę”. Ostatnio, na przykład, Blue Cafe.
BW: Naprawdę? Kto wygrał?
AA: Dominika Gawęda, na casting przyszło podobno 500 osób.
BW: Tak myślałam, że zrobią casting. Cóż, życzę jej jak najlepiej. Gdyby Bajm szukał nowej wokalistki? Ciężko bym się zastanawiała, ale chyba bym się zdecydowała.

AA: Czy uważasz, że wykorzystałaś dobrze swoje „5 minut” po zwycięstwie w „Szansie”?  Moi znajomi, zespół „Cudowny Czwartek” z Poznania, wygrali Festiwal Piosenki Studenckiej w Krakowie. Niewielka wytwórnia zaproponowała im wydanie płyty. Chłopaki nie zgodzili się, bo byli pewni, że zgłosi się do nich jakiś bardziej znaczący producent. Nie zgłosił się…
BW: To i tak szczęście, że ktoś ich chciał nagrywać. Mi tego nikt nie zaproponował. Nie wiem, czy w Polsce w ogóle można się wybić, zaistnieć bez pieniędzy i pleców. Ja zrobiłam wszystko co w mojej mocy, żeby się wybić. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Przeszłam z moim demo wszystkie duże wytwórnie i wiele mniejszych. Poznałam liczących się ludzi w środowisku. Niestety, jeśli ludzie w Polsce nie widzą dla siebie interesu, to nie kiwną palcem.
Jestem pewne, że gdyby stacje radiowe promowały moje piosenki, to na 89 procent stałyby się one przebojami. Niestety, nie miałam pieniędzy na nagranie profesjonalnej płyty. To błędne koło. Może by mnie promowali, gdybym im zapłaciła, a mnie na to nie było stać.
AA: Masz dopiero 22 lata, ale sporo już przeszłaś. Jesteś dojrzała dziewczyną.
BW: Rzeczywiście, jestem dojrzała nad wiek. Głupio tak mówić, ale z moimi rówieśnikami nie ma po prostu o czym rozmawiać. Wybacz, ale nie interesują mnie tematy typu jakie majtki sobie kto kupił, czy gdzie kogoś pocałował chłopak. Podczas takich pogaduch tylko się uśmiecham uprzejmie. Mam ważniejsze tematy przemyśleń.
Myślę, że ma na to wpływ moja przeszłość. Ciężkie warunki, w jakich się wychowywałam. Pochodzę ze wsi, gdzie życie nie jest łatwe. Rodzice nie mieli zbyt wiele pieniędzy. Od 16 roku życia utrzymuję się sama.
Udało mi się skończyć liceum, w tym roku uzyskałam tytuł licencjata z polonistyki w Wyższej Szkole Humanistycznej w Pułtusku.
AA: Od miesiąca jesteś w Dublinie.
BM: Pomyślałam, ze może tutaj uda mi się coś osiągnąć. Jeśli włożę w to tyle samo energii co w Polsce, to na pewno mi się uda. To mniejszy kraj, może i konkurencja mniejsza. Już przez ten miesiąc sporo zrobiłam, miałam kilka występów.
AA: Pracujesz?
BW: Na razie muszę zarabiać na utrzymanie sprzątaniem w hotelu. Cóż, wszystkie drogi do osiągnięcia wymarzonego celu są dobre. Dzięki temu będę lepiej rozumiała problemy ludzi. No i nie uderzy mi do głowy woda sodowa. A jeśli mi zaszumi, to najwyżej walnę się mopem w głowę.
A tak na poważnie, a propos tej wody sodowej, to uważam, że ja jestem dla publiczności a nie odwrotnie. Bez nich mnie nie ma. Jestem po to, by służyć ludziom.
AA: Wrócisz do kraju?
BW: Nie chce tam wracać. Nie chce mi się dalej bić głową w mur, bawić się w Don Kichota. Nie sadzę, żeby w Polsce coś się zmieniło na lepsze. Jestem zbyt młoda, żeby tracić energie i siły na walkę z wiatrakami.
W Irlandii mi się podoba i tu chciałabym mieszkać, żyć. Mam nadzieję, że Irlandczycy mnie zaakceptują.
Tylko szkoda mi publiczności, którą zostawiłam. Oni nie są niczemu winni. I mamy mi szkoda, bardzo za mną tęskni.  

Beata Walt jest laureatką roczną „Szansy na sukces” z 2002 roku i dziesięciolecia programu.
(Polska Gazeta, 2006)
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Śmiech na całe zło

poniedziałek, 27 września 2010 23:14

O tym, jak wyczekiwany był występ Krzysztofa Piaseckiego, świadczyć może najlepiej wypełniona do ostatniego miejsca sala hotelu Holiday Inn podczas sobotniego występu oraz gorące przyjęcie publiczności. Satyryk nie zawiódł rodaków – śmiech nie milkł do ostatniej chwili występu. Piasecki rozpoczął od uwagi na temat… irlandzkich kranów. – Z lotniska wyszedłem z jedną ręką zimną a drugą gorącą – oznajmił.

Satyryk nie szczędził podczas występu niczego i nikogo. Były dowcipy na temat służby zdrowia, stosunków damko-męskich, teściowych, przywar narodowych Polaków, a także sytuacji politycznej w kraju. Polacy zgromadzeni w sali hotelowej żywo reagowali na żarty artysty, komentowali monolog. Sobotni wieczór naprawdę należał do udanych. Na pewno wielbicieli dobrego humoru ucieszy fakt, że nie jest to bynajmniej ostatni wieczór satyryczny w Dublinie. Barbara Szostkiewicz, organizator występu, zapowiada, że na początku przyszłego roku do Irlandii przyjadą Marcin Daniec i Jerzy Kryszak.

 

Przed występem przeprowadziliśmy wywiad z satyrykiem

ANETA ANTCZAK: Jak Pan skomentuje wyniki i niską frekwencję podczas wyborów prezydenckich w Polsce i obecną sytuację polityczną w kraju?

KRZYSZTOF PIASECKI: Społeczeństwo nie poszło zbyt licznie do urn i to jego prawo. Nie rozdzieram szat z tego powodu. Ci, którzy nie wzięli udziału w wyborach nie mają jednak prawa krytykować tego, co się dzieje w kraju.

Co do samych wyników wyborów – platforma nie spodziewała się takiego wyniku i się zszokowała. PiS też się zszokował, ale w drugą stronę. Trzeba przyznać, że PiS wykorzystał wszystkie szanse i wygrał. Jestem optymistą. Jak mówił Lech Wałęsa: „Gdy rząd jest mniejszościowy, to się musi starać”.

AA: Co pan sądzi o fali emigracji Polaków do Irlandii?

KP: Europa się otworzyła i daj Bóg. Po drugie gospodarka w Irlandii wciąż się rozwija i to też daj Bóg. A Bóg lubi trójcę więc po trzecie przyjeżdżają tu Polacy i to też daj Bóg. Rodacy wracają do Polski z pieniędzmi i to dla nas dobrze. Mamy w Irlandii dobrą opinię, jesteśmy szanowani. Wreszcie zaczynamy czuć się wartościowymi ludźmi.

AA: Wielu Polaków mówi, że wrócą kiedy w kraju się poprawi. Czy się poprawi i kiedy to Pana zdaniem nastąpi?

KP: Mówiąc żartem – dobrze już było. A tak poważnie, w Polsce jest lepiej, postęp jest niezbyt szybki, ale jest.

AA: W jednym z wywiadów powiedział Pan, że Pańskie dowcipy rodzą się w okropnych bólach. Czy coś się zmieniło w tej materii?

KP: Niestety nie. W tak zwanym natchnieniu napisałem może 10 procent swoich tekstów. Jestem leniem i piszę, gdy muszę – na przykład na zamówienie telewizji. Dobrym pomysłom sprzyja w moim przypadku chodzenie. Czasami podczas spaceru wpada mi coś ciekawego do głowy.

AA: Czy jest coś, co Pana absolutnie nie śmieszy?

KP: Nie ma takiej rzeczy. Jeśli złapie się dystans do rzeczywistości, to wszystko można obrócić w żart. Śmiech jest najlepszym sposobem na rozładowanie zdenerwowania, frustracji. Moja rola na scenie – to właśnie pomoc w złapaniu dystansu do denerwujących spraw.

AA: Dziękuję za rozmowę i powodzenia na scenie.

KP: Dziękuję i życzę dobrej zabawy.

(Polska Gazeta, 2006)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Za granicą, wśród przyjaciół

poniedziałek, 27 września 2010 18:38


Dawniej Irlandia przypominała Polskę sprzed kilkudziesięciu lat. Ludzie zostawiali klucze w drzwiach. Polak był tu przyjmowany jak swój – wspomina Artur Tyszkiewicz, mieszkający od 1964 roku w Dublinie. Polonus trafił na Zieloną Wyspę po licznych perypetiach, z Włoch i Anglii.

 

Artur Tyszkiewicz opuścił Polskę jako 9-letnie dziecko. Przez Włochy, z wojskiem generała Andersa, trafił do Wielkiej Brytanii.

Mój szwagier, Lubieński, był adiutantem generała. Gdy dotarliśmy do Anglii, miałem 15 lat. Rodzina zadecydowała o umieszczeniu mnie w internacie. To był dobry pomysł, trafiłem od razu między Anglików i musiałem mówić w ich języku. A jako, że dobry słuch fonetyczny jest u nas rodzinny, już po 6-7 tygodniach uczyłem Polaków języka – śmieje się nasz rozmówca.

Tyszkiewicz uczył się w gimnazjum w Liverpoolu i Edynburgu. Po szkole pracował w hotelach i restauracjach jako dyrektor.

W 1963 roku zacząłem pracować dla Amerykanów, zajmowałem się rozprowadzaniem masażerów elektrycznych do głowy, opóźniających łysienie. To był naprawdę dobry sprzęt, zabiegi dawały widoczne efekty. Kiedyś przyszła do nas młoda dziewczyna z łysieniem plackowatym. Miała ogromne problemy z tego powodu, koledzy ze szkoły naśmiewali się z niej. Po naszych zabiegach włosy zaczęły odrastać, myślę, że też pomogło to, że daliśmy jej wiarę w siebie – wspomina polonus.

Z masażerami Artur Tyszkiewicz jeździł do różnych krajów. W 1964 trafił do Irlandii. Tutaj został już na stałe.

Przyjęto mnie z otwartymi ramionami. Czułem się jak swój – opowiada nasz rozmówca.

W tamtym okresie Polonia w Dublinie była niewielka. – Polską społeczność tworzyło około 300 osób. Większość była w związkach małżeńskich z Irlandczykami. Trzymaliśmy się razem. W latach siedemdziesiątych założyliśmy Dom Polski. Staraliśmy się spotykać choć raz w miesiącu, przy kawie i ciastku. Organizowaliśmy wieczorki, koncerty, występy polskich zespołów, wystawy prac rodaków tworzących w Irlandii. Dom tętnił życiem, dobrze prosperował. Potem, niestety, jak to między Polakami, powstały kłótnie, ludzie się podzielili. Dzisiaj Dom nie jest tym, czym wtedy – mówi z goryczą.

Przez większość czasu spędzonego w Irlandii A. Tyszkiewicz pracował jako agent podróży. – Pracowałem razem z moim przyjacielem, Janem Kamińskim. Obwoziliśmy turystów po całym świecie. Początkowo organizowałem przejazdy dla Włochów między ich krajem a Irlandią. Dzisiaj organizujemy sporo wycieczek do Polski. Irlandczycy bardzo chętnie odwiedzają nasz kraj. Najbardziej lubią Kraków i Warszawę. Ja sam najbardziej lubię naszą dawną stolicę. Zawsze gdy jadę do kraju, staram się odwiedzić Kraków – zapewnia A. Tyszkiewicz.

Nasz rozmówca wspomina Irlandię lat 70-, 80-tych jako kraj brudny i zaniedbany.

Kiedy jeździłem do Londynu, zachwycałem się tym, że jest taki czysty. Polska też wyglądała schludnie. Dzisiaj Dublin jest o wiele czystszy od Londynu. Od 3-4 lat pięknie się rozwija, rozbudowuje. Niestety, jest też coraz bardziej niebezpiecznie na ulicach. Coraz więcej jest bandytów, handlarzy narkotyków. To może źle wpłynąć na gospodarkę tego kraju – prorokuje Tyszkiewicz.

Polonus ma także swoją opinię na temat masowego napływu rodaków na Zieloną Wyspę po Maju.

Niebawem rynek pracy się przesyci. Irlandczycy coraz mniej chcą zatrudniać ludzi, którzy nie znają języka angielskiego. Uważam, że za kilka lat sytuacja się ustabilizuje. Ludzie zostaną „przecedzeni”, zostaną pracownicy z najlepszymi kwalifikacjami. – twierdzi – Przyczyną tego, że do Irlandii przyjeżdża mnóstwo kompletnie nieprzygotowanych osób, są polskie media. Prasa przedstawia Zieloną Wyspę jak kopalnię złota. A tutaj trzeba ciężko pracować, by wyjść na swoje.

Artur Tyszkiewicz nie myśli o powrocie do Ojczyzny. – Po tak długim czasie to już nie ma sensu. Zresztą, trudno byłoby mi tam znaleźć miejsce. Wróciłbym może, ale gdybym wierzył, że uda mi się odzyskać może nie tyle zagrabione własności, co honor.

(Polska Gazeta, 2005)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 19 października 2017

Licznik odwiedzin:  83 406  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Od 2005 roku, czyli właściwie początków boomu imigracyjnego w Irlandii, pracuję w różnych polskich gazetach w Dublinie. Cały czas na bieżąco śledzę życie Polonii. Zapraszam do zapoznania się z nim.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 83406

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl