Bloog Wirtualna Polska
Są 1 259 903 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

W nawiedzonym domu

wtorek, 28 września 2010 12:37

Satanizm, okultyzm, praktyki czarnej magii, tym wszystkim przesycony jest budynek, który postanowiliśmy zwiedzić sobotniej nocy, dokładnie o północy. Baliśmy się okropnie, bo któż nie lękałby się miejsca, w którym pojawia się sam diabeł, gdzie znaleziono ludzki szkielet, gdzie ponoć ucinano dziewczynkom głowy, by potem smażyć je na ruszcie? Baliśmy się też ludzi, którzy odwiedzają to miejsce – satanistów, okultystów i innych podejrzanych typków.


Gdy mówiliśmy Irlandczykom o naszych planach eksploracji nawiedzonego domu dokładnie o północy, patrzyli na nas z przerażeniem. Myśleli pewnie, że mają do czynienia albo z wariatami, albo satanistami.


Z diabłem w karty

Zacznijmy od mrożącej krew w żyłach historii „Hell-Fire Club” (Klubu Piekielnych Ogni). Budynek został ufundowany w 1735 roku przez Richarda Parsonsa, znanego czarnoksiężnika, amatora czarnej magii, człowieka z dużym poczuciem humoru i skłonnego do igraszek. Mężczyzna ów wiódł rozwiązły tryb życia aż do swej śmierci w 1741 roku. Po jego odejściu dom wykorzystywali do swych praktyk członkowie angielskiego klubu o tej samej nazwie. Założycielem jego był Sir Francis Daswood (1708-1781). Członkowie „Hell-Fire Club” spędzali czas głównie na orgiach i praktykach okultystycznych.

Najbardziej popularna legenda związana z domem dotyczy pewnej burzliwej nocy w nieokreślonej przeszłości.

Do drzwi zapukał wędrowiec, który został zaproszony do środka. Podczas gry w brydża jednemu z jej uczestników miała spaść na ziemię karta. Kiedy schylił się po nią, zobaczył, że czarujący gość ma zamiast stóp... kopyta. Przerażony odkryciem mężczyzna zaczął przeraźliwie krzyczeć, wtedy zjawa zniknęła pozostawiając za sobą odór siarki – opowiada Adam Tynan, mieszkający w okolicy przerażającego miejsca.

Inna wersja legendy mówi o tym, że przybysz ukazał się jednemu z graczy na karcie – postanowiliśmy dotrzeć do prawdy, wyruszając prawie całym zespołem redakcyjnym, wraz z naszymi przyjaciółmi.


Coś porywa dach

Mówi się także o innej historii, która wydarzyła się krótko po wybudowaniu domu. Pewnej nocy wichura porwała dach. Wiara w diabelskie sprawki na ziemi była wtedy bardzo żywa, zatem przebywający w domu uznali, że to sam szatan porwał pokrycie budynku. Jednak jeden z mężczyzn, dzielny Squire Conolly, nie przeląkł się i kazał po prostu naprawić dach i umocnić go tak, by czy to szatan, czy to wiatr nie zerwały go więcej.

Irlandczycy twierdzą z przekonaniem, że w domu ukazuje się diabeł, że wyczuwa się tam negatywną energię. Nic dziwnego, skoro od dwustu lat dom wykorzystywany jest do niecnych praktyk. Ponadto został on postawiony (świadomie lub nie) w miejscu przecięcia silnych pól elektromagnetycznych. – Dom połączony jest ponoć z innymi miejscami dla wzmocnienia oddziaływania energii – mówi Ania, która w domu była wprawdzie tylko w dzień, ale służyła nam praktycznymi radami podczas wyprawy.


Niebezpieczna wyprawa

Do zwiedzania nawiedzonego domu przygotowywaliśmy się tydzień. Samochód, ekipa, akcesoria. Wybór padł na sobotnią noc. O 19 spotkaliśmy się w redakcji, po pożegnaniu z bliskimi. Oczywiście żartobliwymi, ale do końca nie było nam do śmiechu. Nie mieliśmy pojęcia, co zastaniemy na miejscu, o „Hell-Fire Club” słyszeliśmy parę mrożących krew w żyłach historii, no i wiedzieliśmy, co odbywa się tam do dziś. Ubraliśmy się ciepło, zabraliśmy dodatkowe swetry, trochę prowiantu, latarki, walkie-talkie i aparaty fotograficzne. Naładowaliśmy telefony i akumulatorki.

Już w redakcji, jakby zapowiedź niebezpieczeństwa, jedna latarka spadła na ziemię i rozbiła się. Nie zniechęciło nas to jednak. W dobrych humorach zapakowaliśmy się do vana naszego irlandzkiego przyjaciela, Nicky’ego. Nie wiedzieliśmy jednak dokładnie dokąd jechać, więc zaczęliśmy od Temple Baru, gdzie zasięgnęliśmy bliższych informacji od znajomego, menadżera jednego z barów.

Chyba żartujecie. Chcecie tam jechać w nocy? Znacie opowieści o tym co się tam działo? W tym domu facet obcinał dziewczynkom głowy i smażył je na ruszcie – oznajmił zadowolony z efektu, jaki wywołał, Rory.

Po tym miłym wstępie powiedział nam, jak dojechać do ostatniego charakterystycznego punktu na trasie – najwyższej położonego w Dublinie pubu „Johnnie Fox’s”. Ruszyliśmy w tym kierunku, po drodze wstępując do sklepu po coś na pokrzepienie. Kierując się najpierw do Dundrum, bez trudu znaleźliśmy przybytek – mieści się on w Glencullen (hrabstwo Dublin, Dublińskie Góry), przy trasie R116.


Ostatnia bezpieczna przystań

Pub zrobił na nas niesamowite wrażenie. Właśnie trwał tam koncert, ludzie bawili się, tańczyli w ciepłym i przytulnym wnętrzu. Lokal, istniejący od ponad dwustu lat utrzymany jest w starym, typowo irlandzkim stylu.

Dlaczego nie możemy tu zostać – myśleliśmy. – Po jakie licho pchamy się do tego domu?

No cóż, tymczasem musieliśmy zasięgnąć wskazówek na temat drogi do nawiedzonego domu. Wybór padł na starszego menadżera.

Czy wie pan, jak możemy dojechać do Hell-Fire Club? – zapytaliśmy. Mężczyzna zrobił wielkie oczy i jakby się przestraszył – Nic nie wiem o tym domu, coś tam kiedyś słyszałem, ale nie wiem, gdzie to jest – mamrotał.

Daliśmy spokój znerwicowanemu pracownikowi pubu i postanowiliśmy zasięgnąć języka na zewnątrz. Podeszliśmy do grupy młodych ludzi pijących piwo. Okazało się, że mieszkają w okolicy. Adam powiedział nam, jak dotrzeć do domu i uraczył dodatkowo kilkoma radami.

Kiedy tam dojedziecie, znajdzie głaz koło domu – obejdźcie go trzy razy. To po to, żeby was chroniły dobre moce. Uważajcie na ludzi, którzy tam przyjeżdżają. Ubierają się w czarne szaty z kapturami i odprawiają jakieś rytuały – mówił Adam, który z całym przekonaniem stwierdził, że przenigdy nie wybrałby się do nawiedzonego domu w nocy.


Błądzimy

Nie zrażeni ruszyliśmy dalej. Kierowaliśmy się przed siebie, zostawiając po lewej ostatnią ostoję bezpieczeństwa – „Johnnie’go”. Było już dobrze po 22. Na skrzyżowaniu w kształcie litery T skręciliśmy w lewo. Po około 20 minutach jazdy powinniśmy trafić na parking, z którego prowadzi pod górę droga do domu. Niestety, po drodze parkingów było kilka. Po jakiejś półgodzinie było już pewne, że przejechaliśmy wskazane miejsce. Telefony zgubiły zasięg, na szczęście jednak udało nam się znaleźć zaparkowane na poboczu auto. Para wskazała nam drogę, parking był po lewej stronie, po jakiś dwudziestu minutach od skrzyżowania, miejsce jest oznaczone tablicą informacyjną.

Nieprzyjemny dreszcz przeszedł nam po plecach, gdy zobaczyliśmy pozostawione na parkingu sześć ciemnych aut. Lepiej byśmy się czuli wiedząc, że na górze nie ma nikogo. Żarciki przestały nas się trzymać, gdy wkroczyliśmy na krętą drogę wiodącą pod górę, przeważnie między drzewami. Już na początku włos zjeżył nam się na głowie. Stanęliśmy jak wryci, gdy gdzieś z góry doleciał nas przeraźliwy wrzask kobiety. Krzyk dobiegał mniej więcej z miejsca, gdzie przez drzewa przebijała jakaś poświata. Zaczynało się robić ciekawie.


Bawimy się w Indian

Zgasiliśmy latarki i staraliśmy się zachowywać jak najciszej. Szliśmy pod górę jakieś pół godziny, nie wiedząc, gdzie dokładnie znajduje się nasz cel. Miny zrzedły nam jeszcze bardziej, gdy po długim marszu dotarliśmy na skraj urwiska, a domu ani słychu, ani widu.

Instynktownie skręciliśmy w lewo i okazało się, że zataczamy właśnie wielkie koło. Tu zwątpiliśmy. Postanowiliśmy odsapnąć na sągu drzewa, żeby zebrać myśli i siły. Sytuacja wyglądała kiepsko. Po telefonie do Ani okazało się, że dom jest za drzewami i nie widać go z drogi.

Więc jak mamy go znaleźć! – myśleliśmy zrezygnowani.

Byliśmy znów na rozstaju, postanowiliśmy zawrócić i lepiej rozglądać się po drodze. Krzysztof, najodważniejszy z nas, badał wszelkie ścieżki i przejścia prowadzące na szczyt. Włączyliśmy latarki. Było nam już wszystko jedno, chcieliśmy tylko znaleźć ten dom.


W ślad za kotem

Wtem na jednej z dróg pojawił się czarny, duży kot. Siedział na szczycie, a gdy nas zauważył leniwie wstał i zniknął po prawo, między zaroślami.

To znak – powiedział Krzysiek. – Kot nas prowadzi. Idziemy za nim.

Każda wskazówka nawet tak nieprawdopodobna była nam teraz potrzebna. Poszliśmy więc za kociakiem, badając dalej ścieżki w poszukiwaniu ludzkich śladów. Doszliśmy do strumienia wypływającego ze wzgórza. W myśl zasady, „gdzie woda tam życie” pokierowaliśmy się do góry. Domu nie było.

Na następnej drodze wreszcie kolega krzyknął: Widzę mury! Jest! – poszliśmy za nim. Niestety, mury i kopuły majaczące w ciemności okazały się... krzakami. Znowu pudło? W lesie rozległ się trzask łamanych gałęzi. Ktoś chodził między drzewami.

Wtem Krzysiek, idący z przodu wrzasnął: – Jest!.

Wszedłem pod górę i nagle go zobaczyłem. Był tam potężny, złowrogi, rozłożysty, czarny. Serce zaczęło mi walić. Wtedy dopiero się przestraszyłem – wspomina.


Pentagram i nagrobek

Nowy duch w nas wstąpił. Nie bacząc na środki ostrożności, ani to, że Magdzie wypadła komórka, zaczęliśmy biec w stronę domu. Nic to, że było grubo po północy. (Błądziliśmy prawie dwie godziny!) Zobaczyliśmy nocną panoramę Dublina w dole, dom przed nami.

Patrzcie, pies ucieka z domu! – krzyknęła Joanna.

Rzeczywiście, przez łąkę biegł, (sunął?) czarny, duży pies. Ogon miał podkulony. (Czyżby to był sam diabeł?)

Nagle Marek oświetlił ziemię pod naszymi stopami.

Tu jest narysowany okrąg. Stoimy w pentagramie! – krzyknął. Uciekliśmy niemal w panice, ale niestety okazało się, że wbiegliśmy... w sam środek drugiego znaku. Powiedliśmy latarkami wzdłuż boku jednego z trójkątów, światła dotarły do głazu z wyrytym napisem, epitafium ku pamięci zmarłego w 2002 roku Davida Coyle. To ten głaz trzeba obejść trzy razy.

Przeżegnaliśmy się profilaktycznie i skierowaliśmy w stronę domu. Budynek nieźle się zachował, grube mury są niemal nienaruszone. Brakuje mu jedynie okien i drzwi. Budowla, przypominająca ni to dom, ni to kościół, budzi respekt.


Zwiedzamy dom

Hell-Fire Club na pewno nie wygląda jak jeden z typowych domów sprzed dwustu lat. Jest zupełnie inny – mówił nam na drugi dzień pytany o to taksówkarz.

Byliśmy niemal pewni, że ktoś czai się w środku, ale mężczyźni zdecydowali się obejrzeć wnętrze. W domu było osiem pokoi, jakieś materace, ślady libacji – poza tym nic ciekawego. Przede wszystkim brak ludzi.

Gdzie są ci, którzy przyjechali sześcioma autami? – zastanawialiśmy się.

My zostałyśmy na zewnątrz. W lesie dawało się zauważyć raz po raz błyski latarek, czuć było dym z ogniska. Pewnie tam byli ci ludzie od samochodów.

Szybko zrobiliśmy zdjęcia domu i nas na tle, na pamiątkę naszej wyprawy. Nie mieliśmy ochoty przedłużać bytności w tym miejscu.

Po drodze udało nam się odnaleźć komórkę Magdy, więc wróciliśmy na parking bez strat w ludziach ani sprzęcie. Na miejscu zastaliśmy już tylko nasze auto. Gdzie się podziały inne?

Zgodnie stwierdziliśmy, że fakt, iż nie trafiliśmy do domu o północy, nie był przypadkiem.

Po dwóch dniach usłyszeliśmy o czarnym kocie. – Podobno kiedyś ksiądz wszedł do klubu w samym środku odbywających się tam ciemnych praktyk. Jak relacjonował, jego uwagę przykuł duży, czarny kot, kręcący się po pomieszczeniu. O tym zwierzęciu wspominało wielu kronikarzy – mówił taksówkarz.


Morderstwa, porachunki

Pod podłogą tego domu w 1970 roku znaleziono szkielet skarlałego człowieka – dodał na deser nasz znajomy, Tomek. – Potem budynek wykorzystywany był jako miejsce mafijnych porachunków. Do domu wrzucano zamordowanych ludzi, czasami strącano ich z urwiska.

Znowu zrobiło nam się zimno. Wyprawę do „Hell-Fire Club” wszyscy uczestnicy ocenili zgodnie jako niesamowitą. To naprawdę świetne przeżycie. Spokojnych snów!

(Aneta Kubas, Polska Gazeta, 2005)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Historia zaklęta w murach

poniedziałek, 27 września 2010 18:21

Czy zastanawiałeś się kiedyś, ile lat może liczyć najstarszy pub w Dublinie? Otóż... osiem stuleci. Brazen Head to historia zaklęta w murach. Murach, które widziały krwawe walki, dawały schronienie bojownikom o wolność Irlandii, przygarniały znużonych podróżnych, po których do dziś kołacze się duch – być może Roberta Emmetta, któremu angielscy żołnierze ucięli głowę, a potem kopali ją jak piłkę.

Brazen Head (Wścibska Głowa) jest miejscem, które zostało stworzone do wypoczynku, relaksu nad kufelkiem piwa czy wina, gdzie można mile spędzić czas i najeść do syta. Jednak historia pubu ma w sobie wiele mrocznych historii, przepojonych prawdziwym cierpieniem. Już sama legenda związana z pochodzeniem nazwy przybytku jest tragiczna.

 

Wścibska głowa

 

Nazwa wywodzi się z historii oblężenia Limerick przez Anglików. Na pomoc Irlandczykom przybyli Hiszpanie. Żołnierze nakazali mieszkańcom miasta, by nie wyglądali za mury na pole bitwy. Pewna rudowłosa dziewczyna nie posłuchała jednak i wyjrzała. Wtedy kula wystrzelona z armaty trafiła ją w głowę – tłumaczy John Hoyne, właściciel pubu.

Tyle legendy, jednak tak naprawdę, nazwa Brazen Head była bardzo popularna w latach sześćdziesiątych XVII wieku i często nadawano ją różnym zajazdom.

Pub zbudowany jest na podwalinach karczmy, która stała tu od 1198 roku.

Największą świetność zajazdu rozpoczęła się wraz z pojawieniem się pierwszych karet. Brazen Head przystosowany został do przyjmowania podróżnych poruszających się tym środkiem transportu. Między drewnianymi budynkami znalazło się obszerne podwórze, na które zajeżdżać mogły karoce.

- Podróżni zawsze znaleźć tu mogli kąt, gdzie mogli solidnie wypocząć. Było tu dużo wina i dobrego jedzenia. Podróżnicy uważali, że wino w Brazen Head jest najlepsze – opowiada Hoyne.

Doskonałej prospericie Brazen Head służyła dobra lokalizacja – dosłownie o rzut kamieniem budynek oddalony był od ówcześnie jedynego mostu nad rzeką Liffey. Na początku XVIII wieku okolice Bridge Street zaczęły się zmieniać. Wcześniej ludzie tylko tu mieszkali, potem zaczęli zajmować się handlem. Kupcy zaczęli przekształcać partery domów w sklepiki. Większość zajęła się sprzedażą tekstyliów. Najbardziej znanym handlarzem był John Lloyd. Miał on swój skład przy Brazen Head.

 

Tragiczne losy bojowników

 

Dzieje najstarszego pubu w Dublinie są ściśle związane z historią stolicy Irlandii. Najważniejsze wydarzenia przypadają na koniec XVIII wieku. Brazen Head na miejsce tajnych spotkań wybrali irlandzcy dowódcy. Właśnie tutaj Oliver Bond przyprowadził nowo poznanego Thomasa Reynoldsa. Było to niestety tragiczne w skutkach posunięcie. Reynolds został dopuszczony do grona bojowników o wolność. Podczas feralnego spotkania dowódcy snuli plany wyzwoleńcze. Niestety, okazało się, że Reynolds jest zdrajcą. Mężczyzna przekazał zdobyte informacje rządowi. Wkrótce doszło do aresztowania w domu Bonda. Do więzienia trafili wszyscy przywódcy. Powstanie straciło swoich dowódców w jednej chwili.

Tragicznie splotły się z Brazen Head także losy jednego z pierwszych bojowników o niepodległość Irlandii, Roberta Emmetta. Mężczyzna wynajmował tu pokój. Z okien hotelu miał doskonały widok na okolicę i ruchy brytyjskich żołnierzy. Dzięki temu, że do Brazen Head prowadziło tylko jedno wejście, Emmett mógł obserwować, kto wchodzi do lokalu. Dawało to świetne możliwości ewentualnej ucieczki. Niestety, nic to nie dało. Bojownika odszukano i aresztowano. Emmett został osadzony na pobliskiej Thomas Street. Otrzymał wyrok skazujący. Stracono go przez powieszenie. Anglicy nie poprzestali na tym. Odcięli bojownikowi ręce i głowę, którą następnie grali w piłkę nożną.

Do dziś w pubie przechowywane jest krzesło i biurko, przy którym Robert Emmett pisywał listy. Jeśli poprosimy kogoś z obsługi, na pewno chętnie pokaże pamiątki z burzliwych czasów.

 

Polka poda pintę

 

Dziś Brazen Head to bardzo popularne miejsce spotkań przy muzyce, pincie Guinessa, irlandzkiej muzyce. Pub odwiedzany jest przez turystów z całego świata. Dublińczycy stanowią tu mniejszość.

Mamy stałych, miejscowych, klientów. Zaglądają tu zwykle o piątej, po pracy i w czasie weekendów – informuje restaurator.

Tak popularne miejsce chętnie odwiedzają także znane postaci show bussinesu. Swoje autografy zostawili tu Bono, Van Morrison, Robert Kane (grał w jednej części przygód Jamesa Bonda). Bywają tu politycy, prezenterzy telewizyjni.

W pubie mile widziani są Polacy, którzy mogą być obsłużeni w ojczystym języku. Hoyne zatrudnia bowiem kilka polskich kelnerek.

Dziewczyny z Polski są miłe, uśmiechnięte, pracowite. Świetnie się dogadujemy, bo moim zdaniem, Irlandczycy i Polacy są do siebie podobni pod względem mentalnym – uśmiecha się restaurator.

Pracuję tu już drugie wakacje z rzędu. Byłam tu w ubiegłym roku i przyjechałam znowu. Przez dwa tygodnie nie szukałam pracy. Do Brazen Head przyszłam odwiedzić koleżankę, która przejęła w ubiegłym roku moje miejsce. Akurat był właściciel. Ucieszył się na mój widok i zapytał, czy nie szukam przypadkiem pracy. Stwierdziłam, że faktycznie czas najwyższy za czymś się rozejrzeć. Mój były szef powiedział: dobrze, zaczynasz od poniedziałku – opowiada Ania.

 

Duch ujawnia się w piątek

 

Restaurator, który prowadzi legendarny pub od dwóch lat, snuje plany rozwoju miejsca. Zamierza przywrócić do życia część hotelową, która znajduje się nad pubem. Wkrótce do dyspozycji gości zostanie oddanych osiem nie używanych od ponad siedemdziesięciu lat sypialni. Miejmy nadzieję, że znajdą się odważni na wynajmowanie pokoi, w których, jak mówi właściciel, straszy duch. Widmo ujawnia się ponoć tylko w piątki, wtedy nad pubem rozlegają się dziwne dźwięki...

(Polska Gazeta, 2005)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

W nawiedzonym domu

poniedziałek, 27 września 2010 14:00
Satanizm, okultyzm, praktyki czarnej magii, tym wszystkim przesycony jest budynek, który postanowiliśmy zwiedzić sobotniej nocy, dokładnie o północy. Baliśmy się okropnie, bo któż nie lękałby się miejsca, w którym pojawia się sam diabeł, gdzie znaleziono ludzki szkielet, gdzie ponoć ucinano dziewczynkom głowy, by potem smażyć je na ruszcie? Baliśmy się też ludzi, którzy odwiedzają to miejsce – satanistów, okultystów i innych podejrzanych typków.

Gdy mówiliśmy Irlandczykom o naszych planach eksploracji nawiedzonego domu dokładnie o północy, patrzyli na nas z przerażeniem. Myśleli pewnie, że mają do czynienia albo z wariatami, albo satanistami.

 

Z diabłem w karty

Zacznijmy od mrożącej krew w żyłach historii „Hell-Fire Club” (Klubu Piekielnych Ogni). Budynek został ufundowany w 1735 roku przez Richarda Parsonsa, znanego czarnoksiężnika, amatora czarnej magii, człowieka z dużym poczuciem humoru i skłonnego do igraszek. Mężczyzna ów wiódł rozwiązły tryb życia aż do swej śmierci w 1741 roku. Po jego odejściu dom wykorzystywali do swych praktyk członkowie angielskiego klubu o tej samej nazwie. Założycielem jego był Sir Francis Daswood (1708-1781). Członkowie „Hell-Fire Club” spędzali czas głównie na orgiach i praktykach okultystycznych.

Najbardziej popularna legenda związana z domem dotyczy pewnej burzliwej nocy w nieokreślonej przeszłości.

Do drzwi zapukał wędrowiec, który został zaproszony do środka. Podczas gry w brydża jednemu z jej uczestników miała spaść na ziemię karta. Kiedy schylił się po nią, zobaczył, że czarujący gość ma zamiast stóp... kopyta. Przerażony odkryciem mężczyzna zaczął przeraźliwie krzyczeć, wtedy zjawa zniknęła pozostawiając za sobą odór siarki – opowiada Adam Tynan, mieszkający w okolicy przerażającego miejsca.

Inna wersja legendy mówi o tym, że przybysz ukazał się jednemu z graczy na karcie – postanowiliśmy dotrzeć do prawdy, wyruszając prawie całym zespołem redakcyjnym, wraz z naszymi przyjaciółmi.

 

Coś porywa dach

Mówi się także o innej historii, która wydarzyła się krótko po wybudowaniu domu. Pewnej nocy wichura porwała dach. Wiara w diabelskie sprawki na ziemi była wtedy bardzo żywa, zatem przebywający w domu uznali, że to sam szatan porwał pokrycie budynku. Jednak jeden z mężczyzn, dzielny Squire Conolly, nie przeląkł się i kazał po prostu naprawić dach i umocnić go tak, by czy to szatan, czy to wiatr nie zerwały go więcej.

Irlandczycy twierdzą z przekonaniem, że w domu ukazuje się diabeł, że wyczuwa się tam negatywną energię. Nic dziwnego, skoro od dwustu lat dom wykorzystywany jest do niecnych praktyk. Ponadto został on postawiony (świadomie lub nie) w miejscu przecięcia silnych pól elektromagnetycznych. – Dom połączony jest ponoć z innymi miejscami dla wzmocnienia oddziaływania energii – mówi Ania, która w domu była wprawdzie tylko w dzień, ale służyła nam praktycznymi radami podczas wyprawy.

 

Niebezpieczna wyprawa

Do zwiedzania nawiedzonego domu przygotowywaliśmy się tydzień. Samochód, ekipa, akcesoria. Wybór padł na sobotnią noc. O 19 spotkaliśmy się w redakcji, po pożegnaniu z bliskimi. Oczywiście żartobliwymi, ale do końca nie było nam do śmiechu. Nie mieliśmy pojęcia, co zastaniemy na miejscu, o „Hell-Fire Club” słyszeliśmy parę mrożących krew w żyłach historii, no i wiedzieliśmy, co odbywa się tam do dziś. Ubraliśmy się ciepło, zabraliśmy dodatkowe swetry, trochę prowiantu, latarki, walkie-talkie i aparaty fotograficzne. Naładowaliśmy telefony i akumulatorki.

Już w redakcji, jakby zapowiedź niebezpieczeństwa, jedna latarka spadła na ziemię i rozbiła się. Nie zniechęciło nas to jednak. W dobrych humorach zapakowaliśmy się do vana naszego irlandzkiego przyjaciela, Nicky’ego. Nie wiedzieliśmy jednak dokładnie dokąd jechać, więc zaczęliśmy od Temple Baru, gdzie zasięgnęliśmy bliższych informacji od znajomego, menadżera jednego z barów.

Chyba żartujecie. Chcecie tam jechać w nocy? Znacie opowieści o tym co się tam działo? W tym domu facet obcinał dziewczynkom głowy i smażył je na ruszcie – oznajmił zadowolony z efektu, jaki wywołał, Rory.

Po tym miłym wstępie powiedział nam, jak dojechać do ostatniego charakterystycznego punktu na trasie – najwyższej położonego w Dublinie pubu „Johnnie Fox’s”. Ruszyliśmy w tym kierunku, po drodze wstępując do sklepu po coś na pokrzepienie. Kierując się najpierw do Dundrum, bez trudu znaleźliśmy przybytek – mieści się on w Glencullen (hrabstwo Dublin, Dublińskie Góry), przy trasie R116.

 

Ostatnia bezpieczna przystań

Pub zrobił na nas niesamowite wrażenie. Właśnie trwał tam koncert, ludzie bawili się, tańczyli w ciepłym i przytulnym wnętrzu. Lokal, istniejący od ponad dwustu lat utrzymany jest w starym, typowo irlandzkim stylu.

Dlaczego nie możemy tu zostać – myśleliśmy. – Po jakie licho pchamy się do tego domu?

No cóż, tymczasem musieliśmy zasięgnąć wskazówek na temat drogi do nawiedzonego domu. Wybór padł na starszego menadżera.

Czy wie pan, jak możemy dojechać do Hell-Fire Club? – zapytaliśmy. Mężczyzna zrobił wielkie oczy i jakby się przestraszył – Nic nie wiem o tym domu, coś tam kiedyś słyszałem, ale nie wiem, gdzie to jest – mamrotał.

Daliśmy spokój znerwicowanemu pracownikowi pubu i postanowiliśmy zasięgnąć języka na zewnątrz. Podeszliśmy do grupy młodych ludzi pijących piwo. Okazało się, że mieszkają w okolicy. Adam powiedział nam, jak dotrzeć do domu i uraczył dodatkowo kilkoma radami.

Kiedy tam dojedziecie, znajdzie głaz koło domu – obejdźcie go trzy razy. To po to, żeby was chroniły dobre moce. Uważajcie na ludzi, którzy tam przyjeżdżają. Ubierają się w czarne szaty z kapturami i odprawiają jakieś rytuały – mówił Adam, który z całym przekonaniem stwierdził, że przenigdy nie wybrałby się do nawiedzonego domu w nocy.

 

Błądzimy

Nie zrażeni ruszyliśmy dalej. Kierowaliśmy się przed siebie, zostawiając po lewej ostatnią ostoję bezpieczeństwa – „Johnnie’go”. Było już dobrze po 22. Na skrzyżowaniu w kształcie litery T skręciliśmy w lewo. Po około 20 minutach jazdy powinniśmy trafić na parking, z którego prowadzi pod górę droga do domu. Niestety, po drodze parkingów było kilka. Po jakiejś półgodzinie było już pewne, że przejechaliśmy wskazane miejsce. Telefony zgubiły zasięg, na szczęście jednak udało nam się znaleźć zaparkowane na poboczu auto. Para wskazała nam drogę, parking był po lewej stronie, po jakiś dwudziestu minutach od skrzyżowania, miejsce jest oznaczone tablicą informacyjną.

Nieprzyjemny dreszcz przeszedł nam po plecach, gdy zobaczyliśmy pozostawione na parkingu sześć ciemnych aut. Lepiej byśmy się czuli wiedząc, że na górze nie ma nikogo. Żarciki przestały nas się trzymać, gdy wkroczyliśmy na krętą drogę wiodącą pod górę, przeważnie między drzewami. Już na początku włos zjeżył nam się na głowie. Stanęliśmy jak wryci, gdy gdzieś z góry doleciał nas przeraźliwy wrzask kobiety. Krzyk dobiegał mniej więcej z miejsca, gdzie przez drzewa przebijała jakaś poświata. Zaczynało się robić ciekawie.

 

Bawimy się w Indian

Zgasiliśmy latarki i staraliśmy się zachowywać jak najciszej. Szliśmy pod górę jakieś pół godziny, nie wiedząc, gdzie dokładnie znajduje się nasz cel. Miny zrzedły nam jeszcze bardziej, gdy po długim marszu dotarliśmy na skraj urwiska, a domu ani słychu, ani widu.

Instynktownie skręciliśmy w lewo i okazało się, że zataczamy właśnie wielkie koło. Tu zwątpiliśmy. Postanowiliśmy odsapnąć na sągu drzewa, żeby zebrać myśli i siły. Sytuacja wyglądała kiepsko. Po telefonie do Ani okazało się, że dom jest za drzewami i nie widać go z drogi.

Więc jak mamy go znaleźć! – myśleliśmy zrezygnowani.

Byliśmy znów na rozstaju, postanowiliśmy zawrócić i lepiej rozglądać się po drodze. Krzysztof, najodważniejszy z nas, badał wszelkie ścieżki i przejścia prowadzące na szczyt. Włączyliśmy latarki. Było nam już wszystko jedno, chcieliśmy tylko znaleźć ten dom.

 

W ślad za kotem

Wtem na jednej z dróg pojawił się czarny, duży kot. Siedział na szczycie, a gdy nas zauważył leniwie wstał i zniknął po prawo, między zaroślami.

To znak – powiedział Krzysiek. – Kot nas prowadzi. Idziemy za nim.

Każda wskazówka nawet tak nieprawdopodobna była nam teraz potrzebna. Poszliśmy więc za kociakiem, badając dalej ścieżki w poszukiwaniu ludzkich śladów. Doszliśmy do strumienia wypływającego ze wzgórza. W myśl zasady, „gdzie woda tam życie” pokierowaliśmy się do góry. Domu nie było.

Na następnej drodze wreszcie kolega krzyknął: Widzę mury! Jest! – poszliśmy za nim. Niestety, mury i kopuły majaczące w ciemności okazały się... krzakami. Znowu pudło? W lesie rozległ się trzask łamanych gałęzi. Ktoś chodził między drzewami.

Wtem Krzysiek, idący z przodu wrzasnął: – Jest!.

Wszedłem pod górę i nagle go zobaczyłem. Był tam potężny, złowrogi, rozłożysty, czarny. Serce zaczęło mi walić. Wtedy dopiero się przestraszyłem – wspomina.

 

Pentagram i nagrobek

Nowy duch w nas wstąpił. Nie bacząc na środki ostrożności, ani to, że Magdzie wypadła komórka, zaczęliśmy biec w stronę domu. Nic to, że było grubo po północy. (Błądziliśmy prawie dwie godziny!) Zobaczyliśmy nocną panoramę Dublina w dole, dom przed nami.

Patrzcie, pies ucieka z domu! – krzyknęła Joanna.

Rzeczywiście, przez łąkę biegł, (sunął?) czarny, duży pies. Ogon miał podkulony. (Czyżby to był sam diabeł?)

Nagle Marek oświetlił ziemię pod naszymi stopami.

Tu jest narysowany okrąg. Stoimy w pentagramie! – krzyknął. Uciekliśmy niemal w panice, ale niestety okazało się, że wbiegliśmy... w sam środek drugiego znaku. Powiedliśmy latarkami wzdłuż boku jednego z trójkątów, światła dotarły do głazu z wyrytym napisem, epitafium ku pamięci zmarłego w 2002 roku Davida Coyle. To ten głaz trzeba obejść trzy razy.

Przeżegnaliśmy się profilaktycznie i skierowaliśmy w stronę domu. Budynek nieźle się zachował, grube mury są niemal nienaruszone. Brakuje mu jedynie okien i drzwi. Budowla, przypominająca ni to dom, ni to kościół, budzi respekt.

 

Zwiedzamy dom

Hell-Fire Club na pewno nie wygląda jak jeden z typowych domów sprzed dwustu lat. Jest zupełnie inny – mówił nam na drugi dzień pytany o to taksówkarz.

Byliśmy niemal pewni, że ktoś czai się w środku, ale mężczyźni zdecydowali się obejrzeć wnętrze. W domu było osiem pokoi, jakieś materace, ślady libacji – poza tym nic ciekawego. Przede wszystkim brak ludzi.

Gdzie są ci, którzy przyjechali sześcioma autami? – zastanawialiśmy się.

My zostałyśmy na zewnątrz. W lesie dawało się zauważyć raz po raz błyski latarek, czuć było dym z ogniska. Pewnie tam byli ci ludzie od samochodów.

Szybko zrobiliśmy zdjęcia domu i nas na tle, na pamiątkę naszej wyprawy. Nie mieliśmy ochoty przedłużać bytności w tym miejscu.

Po drodze udało nam się odnaleźć komórkę Magdy, więc wróciliśmy na parking bez strat w ludziach ani sprzęcie. Na miejscu zastaliśmy już tylko nasze auto. Gdzie się podziały inne?

Zgodnie stwierdziliśmy, że fakt, iż nie trafiliśmy do domu o północy, nie był przypadkiem.

Po dwóch dniach usłyszeliśmy o czarnym kocie. – Podobno kiedyś ksiądz wszedł do klubu w samym środku odbywających się tam ciemnych praktyk. Jak relacjonował, jego uwagę przykuł duży, czarny kot, kręcący się po pomieszczeniu. O tym zwierzęciu wspominało wielu kronikarzy – mówił taksówkarz.

 

Morderstwa, porachunki

Pod podłogą tego domu w 1970 roku znaleziono szkielet skarlałego człowieka – dodał na deser nasz znajomy, Tomek. – Potem budynek wykorzystywany był jako miejsce mafijnych porachunków. Do domu wrzucano zamordowanych ludzi, czasami strącano ich z urwiska.

Znowu zrobiło nam się zimno. Wyprawę do „Hell-Fire Club” wszyscy uczestnicy ocenili zgodnie jako niesamowitą. To naprawdę świetne przeżycie. Spokojnych snów!

(Polska Gazeta, 08/2005)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

sobota, 22 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  82 308  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O moim bloogu

Od 2005 roku, czyli właściwie początków boomu imigracyjnego w Irlandii, pracuję w różnych polskich gazetach w Dublinie. Cały czas na bieżąco śledzę życie Polonii. Zapraszam do zapoznania się z nim.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 82308

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl